FANDOM


Forum: Index Bionicle Historia IV

Hej, poczekajcie na mnie trochę jak mnie nie będzie, dobrze? Bo za parę minut wyjeżdżam -Disholahkwanna talk to meh? 05:49, 30 cze 2009 (UTC)

Do piszących. Mam prośbę. Póki nie trafiacie do wymiarów to nie wpisujcie ich jako rozdziały ok?--Guurahk 00:19, 18 lip 2009 (UTC)

Hej,moge też wystąpić? jako tajemniczy glatorian?

Nie musisz się pytać. Pewnie! Im więcej tym zabawniej!--Guurahk 18:57, wrz 19, 2009 (UTC)

A zrobicie historię V? Bo też wym wystąpił a widzę,że już prawie koniec. :( --Multrak,Dobry Skrall 19:35, wrz 29, 2009 (UTC)

Po primo: Jasne, że zrobimy. Koniec Historii? Jak tak, to się potnę.

Po drugie primo: Prawie koniec? Jeszcze nie zaczęliśmy prawdziwej akcji! -Disholahkwanna talk to meh? 15:24, paź 1, 2009 (UTC)

Ale już wymiary wszystkie zajęte.--Multrak,Dobry Skrall 17:46, paź 1, 2009 (UTC)

Jeszcze 3 można zrobić. -Disholahkwanna talk to meh? 18:08, paź 1, 2009 (UTC)

Liczyłem na spisie treści i mi wyszło że jest 13,a kuli też jest trzynaście jak pisze w prologu.--Multrak,Dobry Skrall 19:42, paź 1, 2009 (UTC)

Siema...DARNOK 2 18:22, paź 1, 2009 (UTC)

Ale kilka wymiarów to tylko wstęp albo przejście z jednego wymiaru do drugiego. Popatrz raczej na to, kto się zapisał. Tylko kilka osób. Jest jeszcze dużo wolnego miejsca :) --T_T, mhroczny rycerz (Rozmówki) 11:33, paź 2, 2009 (UTC)

Dobra,to ja bym się zapisał a do jakiego wymiaru mogę pójść?--Multrak,Dobry Skrall 14:28, paź 2, 2009 (UTC)

Możesz Pójśc do pokoju teleportacyjnego.Do mnie,Tryny,Kilka (czy jak to tam) i do Amaka.DARNOK 2 17:54, paź 6, 2009 (UTC)

Ej,czy nie powinniśmy wykreślić Rajskie wyspy?Bo Tryna Odszedł a to było jego :-(--DARNOK 2 15:05, lis 5, 2009 (UTC)

Ludzie,a co tu tak pusto?Zaklinacze cieni muszą żyć! :P - Chyba się wreszcie pozbierałem xd 14:13, wrz 14, 2010 (UTC)

Postacie

Gresiu i Kilek oboje możecie - niezalogowany Guurahk.

Gresiu, wszechświat to nie ma być żaden z Bionicle. -Disholahkwanna talk to meh? 10:38, 6 sie 2009 (UTC)

Ale Disio, wiesz... To może być taki alternatywny Bara Magna jak ten co na nim w jedynce rozwaliliśmy Skralle, nie?--Guurahk 16:48, 7 sie 2009 (UTC)

W sumie to masz rację. -Disholahkwanna talk to meh? 17:54, 7 sie 2009 (UTC)

Mogę się włączyc? Użytkownik:DARNOK 2 porozmawiajmy tu są gatki-szmatki

Jasne. -Disholahkwanna talk to meh? 12:17, 12 sie 2009 (UTC)

Dzięki Disio! Użytkownik:DARNOK 2 porozmawiajmy tu są gatki-szmatki

Jeśli podoba się wam Historia, możecie zarejestrować się na moim forum RPG. Oto link: www.bionicle.forumowisko.net . Serdecznie zapraszam, lecz nie namawiam--Guurahk 21:09, 12 sie 2009 (UTC).

Mogę wystąpić?Proszę.Użytkownik:TRYNA

Ops. Zapomniałem. Mam na imię Darnok.Jestem z nowego wymiaru.Alternatywne Bara Magna. Tu Skralle są dobre od czasu kiedy Darnok ze swoimi przyjaciółmi załatwili Tumę.Od tego czasu Darnok jest też nowym władcą Skralli. Jego przyjaciele to Bagdad (dowcipkujący Glatorian Tesary) i Unar (Najlepsza wojowniczka wśród Skralli). Użytkownik:DARNOK 2 pogadajmy tu są gatki-szmatki

A właściwie dlaczego wszyscy pytają Disia o dołączenie. Po primo, nie trzeba się pytać, po secundo, ja jestem założycielem, ale to już mniej ważne. Nie musicie się pytać, więc Tryna ty też możesz -- Jeździec Kardasa i Pan Fikou

Dzięki!TRYNA

Uwaaga, jeszcze wolno tylko 3 wszechświaty wpisać! -Disholahkwanna talk to meh? 12:54, wrz 18, 2009 (UTC)

Znaczy się 4... -Disholahkwanna talk to meh? 12:58, wrz 18, 2009 (UTC)

Aritaka,w |Alternatywnym Bara Magna,tak mi powiedzieli,razem z Greśem--Matuśek,Władca Mieczy

a moge ja???--MOXNUVA 19:21, wrz 19, 2009 (UTC)

Każdy może bez wyjątków :) Skończcie się pytać :D--Guurahk 19:38, wrz 19, 2009 (UTC)

Och TT nie przesadzaj. Nawet ty nie masz takiej mocy by rozwalić Coruscant--Guurahk 14:31, wrz 21, 2009 (UTC).

Masz rację xD Ale Tahu może chyba czasem pogrozić nawet kłamstwem. I weź już przestań z tymi dziadami co łapią Tahu i go więżą. Poza tym musieliby najpierw rozwalić drzwi, a potem gdyby zaczęli strzelać, to Tahu użyłby mocy swojej Hau(wtedy rozcięli mu jego Lego) i nic by mu się nie stało. Żadne strzelanie nie ma na nim skutku, bo przed tym chroni go moc Maski, a nie jego. Moc maski można zawsze używać, jeśli ją nosisz i nie jest uszkodzona. Zablokowali tylko moc ognia Tahu. Shadow teraz raczej rzadko się wydostaje. Obraził się na Tahu xD --T_T, mhroczny rycerz (Rozmówki) 15:06, wrz 21, 2009 (UTC)

Hej a może być normalny wymiar tylko że z moją postacią? trochę głupio z tymi wymiarami za dużo ich Ja np. Chciałbym być w zwykłym wymiarze więc nie rozwale już tumy ale mogę robić coś innego jak dobijając resztki Skralli.--Pohatu290 17:07, wrz 21, 2009 (UTC)

No dobra, dobra. Nie ma przymusu mieć własny wymiar--Guurahk 17:42, wrz 21, 2009 (UTC)

Z tego co wiem to Disholak się zgodził żebym wystąpiłLizard 17:51, wrz 25, 2009 (UTC)

Ile razy mam powtarzać!? Nie pytajcie się Disholaka, ani nikogo innego! Tu można się zapisywać bez pytania! Chcesz to się zapisz, a nie pisz do Disia!--Guurahk 06:22, wrz 28, 2009 (UTC)

Disio, po pierwsze nie kretynie, a po drugie to jaki scenariusz? Tu nie ma scenariusza i o to w tym chodzi! Wszystko jest nieprzewidywalne. A ja nie wiedziałem, że Cytadela jest pod nami. Na początku byłeś przy Cytadeli, a tyle nie przeszliśmy przez ten cały czas --ZakochanyRahkshi 17:51, paź 9, 2009 (UTC)

Kretynie do tygrysa. A tyle przeszliśmy mniej więcej, bo minęło sporo czasu. -Disholahkwanna talk to meh? 17:04, paź 27, 2009 (UTC)

Gormifan to nie jest jak walka, że się pojawiasz tu i tam. Jak możesz być w zaświatach, a zaraz później w tym dziwnym Plants vs. Zombies. I co z tymi piankami? To musi być logiczna historia, a nie to co robiliście na Walce--ZakochanyRahkshi 17:13, lis 4, 2009 (UTC)

Disio, co Kahtimoo chce?--ZakochanyRahkshi 22:22, lis 6, 2009 (UTC)

Dorwać mnie! -Disholahkwanna talk to meh? 17:45, lis 10, 2009 (UTC)

Kiedy zacznie się Historia V? Guurahk mi mówił, że niedługo będzie. A kiedy skończyła się ta? Od miesiąca patrzę i ostatnim wersem jest"No to złaź na ziemię!"?BionicleFan

Qrde, moja wypowiedź był ostatnią, teraz musimy poczekać, aż TT, TNL i reszta napiszą swoje kwestie. Sęk w tym, że część z nich odeszła z wikii--Guurahk 09:10, wrz 19, 2010 (UTC)

Wymiary

  • Guurahk - Paraworld, Red Alert 3, Super Smash Bros. Brawl
  • TRYNA-Wszechświat rajskich wysp.
  • Kilek321-Wrzechświat WTP(co?nie miałem pomysłu)

Zebrane kule

8 / 13

Wyspa Totalnej Porażki

Heroes V - Entei

Heroes III - Moltres

Alagaesia - Lugia

Red Alert

Paraworld

Star Wars

Worms - Celebi

The Elder Scrolls (Stare Zwoje)

Rajskie Bara Magna

Plants vs. Zombies

Super Smash Bros. Brawl

Zakon Asasynów

Prolog

Podczas bitwy o Shakuras, zginął Guurahk. Jednak zanim wydał ostatnie tchnienie, przekazał swojemu przyjacielowi, Kaltowi, 13 kul, które otrzymał od istoty zwanej Arceus. Disholahk użył kul by zniszczyć Czerwoną Gwiazdę. Kule jednak nie zostały zniszczone. Zostały rozrzucone po wymiarach, a każda z nich zawierała część Guurahka. Jeżeli przyjaciołom zależy na Guurahku, będą musieli przebyć wszystkie wymiary, spotkać się z Arceusem i przy pomocy Kxaron wskrzesić Guurahka. Problem z tym, że wszyscy są w innych wymiarach, więc muszą się połączyć.


Światy

Heroes III

Kalt siedział na kamieniu rozmyślając o dalej z Guurahkiem. Nadal nie potrafił pogodzić się z jego śmiercią. Tak spokojnie Guurahk powiedział, żeby mu dać umrzeć. Czyżby sądził, że to jego czas? Kalt nie wiedział tego. Siedział w mieście Lochów, gdzie nada tkwi otwarty przez Rahkshi portal do Śródziemia. Między tymi dwoma światami trwa sojusz i handel.

- Od jego śmierci minął już rok. Powinienem się z tym pogodzić. Co to były jednak za kule i o jakim głosie mówił Guurahk? Nic z tego nie rozumiem - rozmyślał żywiołak. - Ech, powinienem odpocząć - westchnął Kalt i przeszedł przez portal. Trafił do Shire i świętował tam razem z hobbitami, choć nadal był przygnębiony. Pamiętał dobrze jak Guurahk ocalił ten świat. Wziął porządny łyk piwa i od razu nastrój mu się poprawił. Zaczął tańczyć wraz z hobbitami na stole, zrzucając z niego wszystko co stawało na drodze. Wziął jednemu z hobbitów fajkę i zaczął tańczyć z fajką w ustach.

Nagle na niebie pojawiła się ognista smuga. Leciała wprost do...... Góry Przeznaczenia. Guurahk zniszczył Saurona, lecz pierścień nadal istniał. Wyłonił się niegdyś z lawy i został wzięty przez Lurtza, nowego pana Mordoru. Choć już nie tak niszczycielski, nadal zawierał inskrypcje. Guurahk, Kalt i Lurtz byli ze sobą w dobrych stosunkach. Żywiołak wody natychmiast wskoczył na najbliższego kucyka i zaszarżował w kierunku Mordoru, aby zdobyć to, co spadło z nieba. Po trzech dniach jazdy trafił w końcu na miejsce. Uruk - hai przyjęli go bardzo gościnnie. Kalt wkroczył do komnaty Lurtza.

- Witaj przyjacielu - powiedział gościnnie Lurtz - co cię tu sprowadza?

- Niestety śmierć towarzyszu - odparł smutno Kalt.

- Śmierć? Czyja? - dopytywał się uruk.

- Pamiętasz? Zaledwie rok temu odbyła się bitwa Shakuras. Podczas niej zginął Guurahk, nasz przyjaciel. Trzy dni temu spadło tu coś i mam nadzieję, że ma związek z Guurahkiem - wyjaśnił przyjaciel.

- Faktycznie, spadła tu trzy dni temu jakaś kula, ale nie wiem do czego służy - to mówiąc Lurtz pogrzebał w schowku obok tronu i wyciągnął małą kuleczkę. Podał ją Kaltowi.

Zywiołak obejrzał kulę.

- To jedna z kul, które dał mi Guurahk, kiedy umierał. Nie wiem tylko jak ich używać. Jedynie Guurahk wiedział, ponieważ rozmawiał telepatycznie z Arceusem, a sam nigdy ich nie użył. A do czego służy...... - Kalt przycisnął guzik pośrodku kuli. Ta powiększyła się i otworzyła. Z kuli wyleciał strumień światła, który przybrał kształt ptaka. Po chwili zamiast światła, unosił się feniks. Ryknął głośno (jak wielki ptak np. kondor) i strumieniem ognia wypalił dziurę w suficie. Wyleciał przez niego. Na ziemi została tylko mała tabliczka z dziwnym napisem.

- Moltres. Co to może znaczyć Lurtz? - zastanawiał się Kalt.

- Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiemy - odpowiedział uruk.

Wtedy Kalt otworzył kulę, która wysłała czerwony strumień światła, ale on zaraz zniknął.

- Pewnie ten strumień musi dotknąć tej istoty by ją wciągnąć - wymyślił Kalt. - Zwołaj najlepszych łuczników - Kalt uśmiechnął się groźnie - zaczynamy polowanie...

Tahu wypadł z portalu. Był w jakimś dziwnym wszechświecie.(Uwaga! Tahu trafił do Wszechświata Heroes)

- No nie! Iruini znowu mnie wysłał nie tu gdzie trzeba! - krzyknął Toa.

Wtedy z ziemi wyskoczyło kilkanaście zgarbionych postaci z dzidami. Za nimi na koniu siedział Minotaur.

- Kim jesteś? - warknął Czarnoksiężnik.

- Jestem Tahu i pochodzę z innego wymiaru. Teraz ty się przedstaw - powiedział Toa Ognia.

- Jestem Deemer, Czarnoksiężnik z miasta Shade. To dziw, że pochodzisz z innego wymiaru, i to nie ze Śródziemia. Wiem, bo nie ma tam takich istot. Nie zostaniesz potraktowany jak wróg, jeżeli oddasz broń i pójdziesz za nami. Jeśli będziesz chciał, to moje miasto pomoże ci pójść tam gdzie chcesz. Oczywiście za pewną opłatą - powiedział Minotaur.

- Dobrze. Zgadzam się - powiedział i oddał swój miecz jednej ze zgarbionych postaci.

Razem odeszli na wschód, do Miasta Shade.

Tymczasem, w pałacu Lurtza, obok Kalta i Lurtza stali: Gelu, dowódca Leśnej Straży, Adunaphel i Khamul, Nazgule - łucznicy oraz Faramir. Kalt przesunął rękę nad łukami wszystkich. Zaczęły się nagle jarzyć na złoto, lecz zaraz przestały.

- Tego nauczył mnie Monere. Dzięki temu będziecie strzelać strzałami mocy, które nie zabijają, lecz obezwładniają, a teraz naprzód Łowcy Feniksa.

Sześciu łuczników wybiegło z pałacu. Khamul, jako że był Haradrimem za życia, potrafił bardzo daleko widzieć. Nie zauważył co prawda Moltresa, lecz zauważył smugę ognia nad Górę Przeznaczenia. Natychmiast powiadomił resztę o odkryciu i wszyscy pobiegli tam. Zauważyli Moltresa siedzącego na zboczu krateru. Raz po raz ział strumieniami ognia. Gelu nacelował i strzelił Moltresa prosto w głowę. Ptak poderwał się do lotu i zionął ogniem na Nazgule. Te zrobiły unik, a Lurtz strzelił ptaka w pierś. Nagle jednak ptak machnął skrzydłem i poparzył Lurtza w rękę. Pierścień rozgrzany spadł z ręki. Adunaphel i Khamul usłyszeli głos Saurona.

- Ash nazg durbatulûk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatulûk agh burzum-ishi krimpatul, Ash nazg durbatulûk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatulûk agh burzum-ishi krimpatul

Oboje chwycili się za głowy i upadli na kolana. Pierścień kazał im przywrócić Saurona lecz ci z tym walczyli. Niestety Khamul był szczególnie wyczulony na obecność pierścienia. Kalt starał się pomóc Nazgulom lecz nie dawał rady. Oboje cierpieli starając zachować się wolną wolę. Nagle cała szóstka usłyszała piski. To pozostałe Nazgule, które nie miały tyle siły by się oprzeć woli Saurona.

- Co słyszysz przyjacielu? Co cię gnębi? - pytał Kalt.

Khamul i Adunaphel przemówili dziwnym głosem. Głosem umarłego.

- Ash nazg durbatulûk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatulûk agh burzum-ishi krimpatul. Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać.

- Pierścień... - Kalt podniósł pierścień z ziemi i pobiegł do Góry - pozbądźcie się Nazguli na bestiach! - krzyknął żywiołak. Lurtz zastrzelił dwie bestie, Faramir jedną, a Gelu też dwie. Reszta Nazguli poleciała wprost na łuczników. Dwie z bestii rozszarpały biednego Faramira, lecz za to kolejne dwie upadły. Czarnoksiężnik z Angmaru wylądował na ziemi i ruszył za Kaltem. Drogę zastąpił mu Adunaphel, który się pozbierał. Czarnoksiężnik uderzył go kiścieniem i ten odleciał na 10 bio. Wskoczył ponownie na bestię widząc, że nie opłaca się z nimi walczyć. Bestia podniosła Lurtza i Gelu i zrzuciła ich z wysokości. Na szczęście oboje przeżyli, lecz byli nieprzytomni. Już bestia Czarnoksiężnika miała chwycić Kalta, kiedy strumień ognia odrzucił ją od niego. Wypuścił go Moltres. Ognisty ptak podleciał do Kalta i pochylił szyję. Kalt powoli zbliżył rękę do ptaka i, o dziwo, nie został oparzony. Usiadł na Moltresie i poleciał nad krater. Zrzucił szybko pierścień i wrócił po przyjaciół. Wulkan zaczynał wybuchać. Kalt nakazał Moltresowi chwycić leżących Lurtza, Gelu, Adunaphela i Khamula. Czarnoksiężnik próbował ich gonić, ale bestia została trafiona w głowę kawałkiem lawy, a Czarnoksiężnik został zalany przez lawę. Adunaphel i Khamul nie zginęli kiedy pierścień został zniszczony. Wyzwolili się spod władzy Saurona. Z sześciu, zostało pięciu łuczników. Wlecieli przez portal wprost do miasta Lochów - Shade.

Po wylądowaniu Kalt pogłaskał Moltresa po głowie.

- Dzięki przyjacielu, teraz odpocznij - Kalt wciągnął Moltresa do kuli, a kulę przypiął do pasa. Powędrował do bramy miasta.

Deemer i Tahu byli już niedaleko miasta. Toa Ognia zauważył jakąś jaskinię.

- Teraz wejdziemy w Portal Ziemny. Z tamtąd będzie już niedaleko do Shade - powiedział Deemer.

Tahu skinął głową. Gdy weszli do portalu, po drugiej stronie czekały na nich setki dziwnych małych zielonych ludków na wilkach(Wilczy jeźdźcy). Deemer rzucił zaklęcie Deszcz meteorów, który zniszczył dwa oddziały istot, ale reszta ruszyła na atak. Troglodyci i harpie ruszyły do boju, a Beholdery i Meduzy z bezpiecznej odległości oddawały strzały w oddziały przeciwnika. Niestety wszystkie wojska ofensywne Czarnoksiężnika zostały zniszczone. Harpie poległy, a niedobitki troglodytów pouciekały. Bitwa już miała się skończyć na niekorzyść Tahu i jego sojuszników, kiedy od drugiej strony nadleciało kilkanaście Czarnych Smoków i kilkadziesiąt Chimer. Wilczy jeźdźcy zostali spaleni albo sparaliżowani i pożarci.

- Moje miasto nam pomogło. Możemy się cieszyć - powiedział Deemer.

- Dobrze. A teraz już idźmy dalej - odpowiedział mu Tahu.

Tymczasem.....

Kalt dotarł do bramy miasta i nagle w oddali zauważył kilka istot. pośród niektórych rozpoznał Czarne Smoki i Chimery, lecz nie potrafił rozpoznać kto idzie na przedzie. Jeden z nich był Minotaurem, ale drugi, czerwony, wyglądał mu dziwnie znajomo.

- Tahu!? - zawołał - Tahu! - krzyknął gdy byli na tyle blisko by Kalt mógł go rozpoznać. Żywiołak podbiegł do przyjaciela, ale nagle poczuł za sobą gorący oddech. Spojrzał w tył i skamieniał ze strachu. Przyglądał mu się ogromny błękitny smok. Bestia zamachnęła się i chciała uderzyć Kalta, ale żywiołak skoczył wysoko, na tyle, by ręka go nie trafiła. Kalt chwycił uli u pasa i otworzył ją. Ponownie wyleciał z niej strumień światła, który zmienił się w Moltresa. Ptak na wejście zionął ogniem w bestie potwora. Smok wzleciał i próbował zaatakować Moltresa, lecz ten odpędzał go podmuchami ognia. W końcu błękitny smok dał sobie spokój i odleciał. Kalt wezwał ptaka z powrotem i podszedł do Tahu po drodze wpinając kulę do pasa.

- Witaj Kalt - powiedział Tahu. - Zapewne znasz cel mojej podróży. To było trochę trudne, ale jednak część naszej drużyny dowiedziała się o sposobie ożywienia Guurahka. Jestem pewien, że Disholahk już poszukuje jednej z kul, a kolejna znajduje się w tym wszechświecie, bo wyczuwam z niej emitującą energię. Zdaję się, że jeszcze Tanma wie, ale nie jestem pewien.

- Widziałeś tego ptaka Tahu? - spytał retorycznie Kalt - otóż on pochodzi z tej kuli. Sądzę, że to jest kula, którą wyczuwasz.

- Pokaż mi ją - powiedział Toa, a Kalt podał mu artefakt. Tahu przyglądał się kuli. Była idealnie gładka, a w środku było widać błękitną mgiełkę. - Muszę się oddalić i pomedytować. Możliwe, że ta kula jest tylko bardzo potężnym przedmiotem, a nie częścią Guurahka. - wojownik odszedł kilkanaście kroków, usiadł na jakimś kamieniu i zamknął oczy.

Nagle Toa uderzył obraz Guurahka i przed oczami przewinęła mu się rozmowa Guurahka z Arcusem. Później zobaczył jak mgiełka rozpłynęła się i opadła na tej kuli i dwunastu innych. Następnie zobaczył jak Disholahk używa ich, ale one rozsypują się po światach.

Całe to wydarzenie zdarzyło się w ułamku sekundy, ale było tak mocne, że Tahu spadł z kamienia.

Kalt podbiegł do niego.

- Nic ci nie jest? - zapytał.

- Nic się nie stało - odrzekł Toa. - Zobaczyłem tylko historię powstania tej kuli. Mieliśmy rację. To jest jedna z tych kul. Teraz musimy odnaleźć kolejną.

- Jak się przedostaniemy do innych wymiarów? - zastanawiał się Kalt.

- Deemer mówił, że w Shade jest jakiś portal. Możliwe, że on nam pomoże. Niestety poza mieczem nie mam nic, żadnej maski, która by nam pomogła w podróży.

Nagle wokół spadły na nich dziwne promienie, które niszczyły wszystko wokół. Kalt chwycił Tahu i oboje pobiegli jak najdalej. Z ukrycia oboje obserwowali co się dzieje. Dziwny pojazd wylądował i wyszło z niego 8 czy 9 istot. Kalt nie rozpoznawał tego z takiej odległości. Nagle nad nimi przeleciał Drogoth, Władca Smoków. Uderzył w pojazd, ale nagle trafiło go kilka tych samych promieni co wtedy zniszczyły teren, lecz mniejszych. Drogoth odleciał, przestraszony dziwną energią, ale ich pojazd został zniszczony. Kalt cofnął się o dwa kroki w tył. Wtem ziemia rozstąpiła się pod nim i Kalt spadł w dziurę. Wokół niego roiło się od szkieletów elfów, ludzi, krasnoludów.

Kalt wstał i zauważył obok siebie krótki miecz. Powoli go podniósł i oczyścił z kurzu. Miecz był cały złoty. Kalt wbił miecz w ścianę, wskoczył na niego i wyskoczył z jaskini zabierając miecz. Podszedł do Tahu.

- Jak myślisz kto to może być? - spytał żywiołak.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział Toa. - Ale skoro nie są przyjazne, to długo tu nie pobędą - dokończył i ruszył w stronę przybyszów.

Kalt jednak szybko chwycił Toa za rękę.

- Zaczekaj. Posiadają dziwną energię. Skoro nawet Drogoth uciekł to jakie my mamy szanse? Nie lepiej się ukryć i podsłuchać? - spytał Kalt.

Tahu wyszarpnął swoją rękę i odpowiedział:

- Nie sądzę, żeby byli w stanie mnie pokonać. Ich promienie są raczej przystosowane do niszczenia wielkich kawałów ziemi, niż małych Toa. Ten smok został tylko odpędzony tym promieniem, nawet go nie zranili. A to oznacza, że ich technologia nie zabije istot organicznych. Poza tym, mam moją maskę, która mnie ochroni.

Skończył dalej ruszył w stronę dziwnych istot.

Nagle postać w białym kombinezonie podniosła dziwną broń i strzeliła w Tahu. Trafił jedynie lekko w rękę, ale spaliła część jego zbroi.

- Szybko! Ukryć droidy, Twi' lekowie, Wookie, Trandoshanie i ludzcy koloniści do broni. Chester, weź broń i do mnie - wołała postać i natychmiast przed Tahu znajdowało się dziesięć uzbrojonych istot. Wszystkie naraz odpaliły w Toa.

Wokół Tahu pojawiło się pole siłowe. Żaden pocisk do niego nie doleciał. Wszystkie istoty stanęły w płomieniach. Toa stał pośród wrzasków agonii tych istot. Nie zwracał na to uwagi, ruszył dalej przed siebie.

Nagle konający żołnierz dotknął dziwnego przycisku na ręce. Po chwili przyleciały tu dziesiątki statków wyładowanych żołnierzami i kolonistami. Wojownicy otoczyli Toa. Przed nimi były także roboty podobne do Bohroków, ale miały pole siłowe. Na końcu wyszło dwóch wojowników z dziwnymi świetlnymi mieczami. Jeden z nich podniósł Toa i powoli zaczął go dusić. Drugi machnął lekko ręką przed Toa i powiedział:

- Teraz powiesz dlaczego zaatakowałeś kolonistów.

- Bo nie macie prawa kolonizować tej planety. Są tu żywe istoty, które wolałyby zostać same - odpowiedział Tahu.

Zamknął oczy i od razu uścisk zelżał.

- Jeśli chcecie się tu osiedlić, to musicie najpierw mnie pokonać, Jedi. Dobrze wiem jak się nazywacie. Umiem czytać w myślach. Wiem teraz też, jakimi mocami dysponujecie. Moglibyście robić nie wiem co, ale nas nie pokonacie - mówiąc to Toa wyjął ze swojej torby złotą maskę i założył na siebie. Obok niego pojawił się portal, z którego wyskoczyło kilku innych wojowników.

Nagle jeden z Jedi poraził Toa Ognia piorunami. Biomechaniczne ciało nie potrafiło wytrzymać takiej dawki elektryczności. Drugi mieczem rozciął maskę Tahu i założył mu coś w stylu obroży, która natychmiast zamroziła Tahu. Żołnierze Jedi natychmiast rozprawili się z wojskami Tahu. Po krótkiej chwili żołnierze znaleźli Kalta i kilku innych, którzy ukrywali się wokół. Po chwili do Jedi przybyły droidy, które zostały odesłane przez kolonistów. Na hologramie Jedi zobaczyli siłę Tahu i razem z Kaltem i innymi wysłali ich na planetę Corusant.

Coruscant

Po długiej wędrówce Tahu bez mocy i Kalt wraz z kilkoma goblinami, dwoma elfami i krasnoludem trafili pod eskortą do głównej siedziby. Spotkali się z Kanclerzem Palpatinem. Przekupne gobliny natychmiast opowiedziały o Śródziemiu, Heroes III jak i sławną tam "Legendę o Guurahku". Wtedy kanclerz zaproponował Tahu:

- Czy nie zechciałbyś zostać Jedi droidzie?

- Nie jestem droidem, podistoto. Nie mam zamiaru nikomu służyć - odpowiedział. Złapał za obrożę na swojej szyi i ją zerwał. Moc do niego powróciła. Roztopił wszystkie droidy wokół nich oraz zaspawał drzwi. Podszedł do Kanclerza i powiedział do niego:

- A teraz powiedz mi, gdzie macie Sferę Ciemności. Jeśli tego nie zrobisz, to zniszczę doszczętnie to miejsce.

- Jak to możliwe, że najpierw Jedi cię tak łatwo pojmali, a teraz ty po prostu się oswobodziłeś? - zapytał Kanclerz.

- Widzisz. Wasze plany są jednak dosyć łatwe do przewidzenia. Jedi pojmują kilku zakładników, zabierają do siedziby głównej na innej planecie i wydobywają informacje. Dałem się złapać, żebyście mnie tu przetransportowali. Słyszałem kiedyś historię, że posiadacie pewną tajemniczą kulę, której siły nie możecie rozpoznać. Ja potrafię, i to zrobię - zakończył Toa Ognia.

Nagle zza drzwi wybiegło kilkudziesięciu strzelców i zaczęli strzelać do Tahu. Założyli mu ponownie obrożę, a następnie energetyczne kajdany. Kilku wojowników zostało na straży, a reszta wyszła. Kanclerz powiedział:

-Faktycznie mamy taką kulę, ale nie oddamy ci jej głupcze. Już dawno znamy tę moc i to stworzenie służy nam. Wprowadzić Suicune'a!

Po chwili przez drzwi wyszło czterech żołnierzy i wprowadzili błękitną bestię z taką samą obrożą jaką ma Tahu.

- Oto Suicune - powiedział kanclerz. Po chwili wyprowadzono istotę, a Tahu wraz z Kaltem zawieziono na Kessel. Kalt miał warunki normalnego więźnia, natomiast Tahu był cały czas w kajdanach i bez mocy. Nie mógł też liczyć na swą ciemną stronę. Mógł liczyć wyłącznie na przyjaciela.


Tahu wylądował na pasie. Wszystkie droidy otoczyły myśliwiec. Gdy Toa z niego wyszedł zewsząd leciały na niego pociski. Dzięki mocy maski wytworzył wokół siebie osłonę. Kiedy jakiś Jedi chciał podpiec do niego i założyć na niego obrożę lub zaatakować, po prostu został odrzucany. Doszedł tak do pokoju Kanclerza. Wszedł do niego, zamknął za sobą drzwi i odezwał się:

- Jeżeli nie dasz mi tej kuli, to nie będę się powstrzymywać. Będę zabijać każdą istotę, jaka stanie na mojej drodze, aż zdobędę ten przedmiot - powiedział Toa. - Wolisz dać mi ją po dobroci, czy mam tutaj urządzić rzeź niewiniątek?

- Nie dostaniesz jej! - krzyknął Kanclerz.

Tahu uderzył ręką w ścianę i zrobił w niej dużą dziurę. Za dziurą był duży spadek. Chwycił Kanclerza za gardło i wyciągnął za dziurę.

- A teraz mi oddasz?

- Nie! Ona jest zbyt potężna, żeby jedna istota ją miała. Jeżeli ją weźmiesz, zginiesz!

- Nie zginę. Ale czy ty przeżyjesz, tego nie wiem - skończył mówić i zluźnił uścisk. Bezradny Kanclerz spadł w dół.

Toa znalazł mapę budynku. Skierował się w stronę pomieszczenia z ważnymi przedmiotami.

Wszystkie droidy które stanęła na drodze Tahu od razu się topiły. Jedi nie mogli go nawet dotknąć. Tym sposobem Toa doszedł do obszernego hangaru. Zaczął go przeszukiwać <w tej chwili pokazuje się seria zdjęć, jak to Tahu zagląda w poszukiwaniu kulki w dziwne miejsca>. W końcu znalazł Sferę Ciemności. Leżała na aksamitnej czerwonej poduszce. Gdy wojownik jej dotknął zewsząd naparł na niego mrok. Istota wewnątrz Tahu się obudziła. Shadow próbował się wyrwać. Toa całą swoją mocą psychiczną próbował go opanować. Powoli włożył Kulę do torby. Gdy straciła kontakt z ciałem, Shadow znowu osłabł. Tahu spokojnie podążył do myśliwca i ruszył w drogę na Alagaesię.




Kapsuła uderzyła z impetem w sufit. Kalt wyskoczył z niej i wylądował na... strażniku. Bez swojej broni (bo wszystkie bronie pozostały w gwieździe) mógł liczyć jedynie na swoje własne umiejętności. Żołnierz strzelił w Toa, ale ten zrobił unik i wylądował tuż obok generatora mocy. Wtedy żywiołak pochłonął całą jego energię i strzelił potężnym piorunem łańcuchowym w wszystkich strażników w okolicy. Jako żywa bateria wyruszył zadać ostateczny cios kanclerzowi Palpatine. Potężnym wyładowaniem elektrycznym wyważył drzwi prowadzące do korytarza. Na drodze stanęło mu 5 szturmowców, lecz Kalt wyssał wszystkie płyny z okolicy i zalał żołnierzy.

- Jeszcze trochę i będę miał wszystkich - pomyślał.

Kanclerz stał w otoczeniu swoich elitarnych żołnierzy i mrocznych szturmowców.

- Czekałem na ciebie - powiedział Palpatine.

- Przybyłem odebrać to co moje! - wykrzyknął Toa i strzelił w przeciwnika potężnym piorunem. Ten jednak wchłonął jego moc swoim mieczem. Kalt nie przestawał jednak i powalił dwóch żołnierzy. Żywiołak rzucił się po swój leżący na półce miecz, lecz mroczny szturmowiec chwycił go i odrzucił. W locie Kalt dostał jeszcze dwa strzały w brzuch. Toa upadł i pewny zwycięstwa żołnierz podszedł do niego zadać ostateczny cios. Wtem Kalt wyrzucił z siebie całą elektryczność. Żołnierza spaliło na proch, a pozostałych śmiertelnie sparaliżowało. Kalt wstał z ziemi i chwycił swój miecz.

- Teraz nie masz już przewagi liczebnej - wysapał.

- Czyżby? - spytał z powątpiewaniem kanclerz.

Zza okien wleciało trzech ogromnych mrocznych szturmowców.

- Durny wojowniku, poznaj mrocznych szturmowców faza III, mroczni szturmowcy faza III, to durny wojownik.

- Ja ci pokażę durnego! - zawołał Kalt i z skoku przebił pierwszego szturmowca na wylot. Jego miecz zajarzył się na niebiesko. Toa zaatakował drugiego robota, ale ten strzelił w niego działem. Kalty zrobił szybki unik i rzucił mieczem w droida. Trzeci jednak złapał miecz i rzucił w żywiołaka, niewiele mijając cel. Kalt pochwycił swój miecz i rzucił się na droida. Ten uderzył pięścią, lecz Toa zrobił unik i przebił robota. Wtedy z furią w oczach rzucił się na kanclerza. Ten szybko sparował cios. Magiczny metal nie stopił się, lecz wprawny szermierz wytrącił swojemu przeciwnikowi miecz z ręki, a pchnięciem Mocy pozbawił go równowagi. Kalt skoncentrował się i powoli miecz przeciwnika zaczął gasnąć. Z Lachomorna energia również znikała. Zrozpaczony kanclerz zauważył, że nie ma już nawet Mocy. Gwiazda śmierci została pozbawiona zasilania. Toa stał się czymś znacznie potężniejszym. Przyciągnął do siebie miecz i napełnił go energią. Kalt stał się tytanem stworzonym z energii. Przemieniony żywiołak przebił przeciwnika na wylot, a truchło wyrzucił przez wybite okno. Po tym wydarzeniu utracił swoją energię, a miecz przybrał normalny wygląd i moc. Kalt nazwał ten stan "Stanem Tytana". Wtem przed żywiołakiem otworzył się portal. Toa został wciągnięty do wszechświata, który składał się wyłącznie z walk. A tuż za nim wkroczył tam oswobodzony Suicune z kulą w pysku.

Kessel

Po ok. dwóch miesiącach spędzonych w więzieniu przyszedł czas na plan Kalta. Podczas jednej z inspekcji ukradł strażnikowi broń. Wykopał z ziemi swój miecz i używając blastera odstrzelił kłódkę. Potem biegł to Tahu, a po drodze ratował każdego więźnia. W końcu zniszczył bramę Tahu i jego kajdany. Potem wszyscy pobiegli. Po drodze zabili kilku strażników. Więźniowe zdobyli broń i statki Republiki. Większość więźniów poleciała swoją drogą, ale kilku zostało z Kaltem i Tahu. Jeden z więźniów usiadł przy sterze i spytał Tahu:

- Dokąd lecimy?

Kalt szepnął Tahu:

- Może z powrotem na Śródziemie.

Kilka metrów wyżej...

-Widzę was - powiedział Disholahk i skoczył w kosmos.

- Wy lećcie na planetę zwaną Alagaesia. Jestem pewien, że tam znajduje się kolejna kula. Ja muszę polecieć z powrotem na Coruscant. Trzeba zdobyć Sferę Ciemności - powiedział Tahu. - Jakoś do was później dołączę.

Toa wyskoczył ze statku i pobiegł do sąsiedniego hangaru. Tam wszedł do myśliwca i odleciał. Obrał kurs na Coruscant.

Alagaesia

Po wielu godzinach lotu Kalt i więźniowie przylecieli w końcu na Alagaesię. Kiedy wyszli Kalt przeliczył ilu ich jest. Był tam Mandaloriański Łowca o imieniu Jared Fett, 2 pająki z Mrocznej Puszczy, Alf i Era, Trandoshański Łowca o imieniu Tragossk, Elfka Earnura i Troglodyta. Jared podkradł strażnikom dwa blastery marki Westar - 34, pająki znalazły dwa stare napierśniki, Tragossk uzbroił się w miotacz ognia, 2 granaty plazmowe i karabin EE - 3, Earnura miała ukryty, rozsuwany łuk i magiczne strzały, a Kalt miał blaster DC - 17m i (jak się dowiedział od Earnury) Lachomorn co z Sindarin znaczy Płomień nocy.

"Ciekawe gdzie jest Tahu" - zastanawiał się Kalt.

Nagle miecz zaczął się świecić.

Earnura natychmiast chwyciła za łuk, nałożyła strzałę i napięła cięciwę. Kalt się zdziwił. Earnura mu odpowiedziała:

- Miecz się jarzy, kiedy w pobliżu będzie ktoś wrogi.

Earnura miała rację. Po chwili przed grupą stało piętnastu uzbrojonych żołnierzy. Grupa ukryła się w zaroślach. Po krótkiej chwili oczekiwania Earnura puściła strzałę. Padł pierwszy żołnierz. Wojownicy zdziwieni ustawili się w krąg i zasłonili tarczami. Jared i Traagosk szybko wyskoczyli i zaczęli strzelać do żołnierzy. W pierwszej salwie padło trzech. Wojownicy zauważyli wrogów i zaszarżowali. Kilku zginęło od strzałów, a pozostali wpadli w zasadzkę pajęczaków. Earnura wzięła kilku z nich na cel i zabiła czterech. Potem Kalt zaatakował karabinem i zakończył sprawę.

- Nie podoba mi się tu - mruknął Jared.

- Gdzie jest ten Tahu?! - krzyknął Kalt.

Nagle tuż nad głową Kalta przeleciał myśliwiec. Wylądował jakieś 200m dalej. Ze środka wyskoczył Toa Ognia. Ruszył w stronę przyjaciela, gdy nagle znad wzgórza wzleciał szafirowy smok. Na jego grzbiecie siedział Smoczy jeździec. Tahu pobiegł w stronę Kalta. Kiedy się przy nim znalazł, szybo stworzył wokół nich osłonę.

- Lepiej z nim nie walczmy. Jest potężniejszy od nas, bardzo dobrze włada magią i mieczem - powiedział Toa.

- Dobra Tahu.

Kalt obrócił się w stronę pozostałych:

- Szybko uciekać!

Drużyna pobiegła i po chwili wszyscy znaleźli się ukryci w zaroślach. Earnura wzięła Kalta na stronę. Po chwili Kalt i Earnura wrócili.

- Earnura nauczyła mnie pewnej sztuczki. Pomyśl o czymś, najlepiej o czymś wielkim i potężnym. Co to jest?

- Kanohi Dragon - odpowiedział Tahu.

Wtedy Kalt wykonał kilka szybkich ruchów ręką nad głową Tahu i obok smoka pojawił się Kanohi Dragon.

- To tylko iluzja - powiedział Kalt - ale smok o tym nie wie.

Kanohi Dragon zaczął walczyć ze smokiem.

- Co teraz szefie? - zapytał Jared.

- Kalt, czy ty widzisz, żeby ten smok przejmował się tą iluzją? Tutaj smoki to najmądrzejsze ze wszystkich istot. Nie oszukasz ich zwykłą sztuczką - powiedział Tahu. - Teraz musimy udać się do Ellesmery. To miasto elfów pośród ogromnej puszczy Du Weldenvarden. Jest tam stare i ogromne drzewo. Na pewno będzie wiedziało, gdzie znajdziemy kolejną kulę. Jedyną przeszkodą są elfy, bo nie lubią obcych przybyszów. Zwłaszcza mechanicznych.

- Dobra, ale jeszcze jedno - Earnura wykonała jeden gest i Kanohi Dragon się zmaterializował - ciekawe jaki będzie mądry. Earnura pobiegła przodem.

- Jest elfem - powiedział Kalt - las to jej żywioł. Lepiej pójdźmy za nią.

- Ale faktem jest to, że tylko ja znam mapę tej planety. Wiem gdzie mniej więcej jesteśmy, i wiem, gdzie mamy iść. Będę prowadził. A tą zmaterializowaną iluzję możecie usunąć. Iluzja, to iluzja, nie myśli, więc nie zaatakuje. Prawdziwy smok nie zwróci nawet na niego uwagi - powiedział Tahu.

Szafirowy smok zatoczył kilka kół w powietrzu, zionął ogniem na "Kanohi Dragona" i odleciał.

Ale to nie była iluzja. Kanohi Dragon odpowiedział smokowi tym samym.

- Rób jak chcesz, ale ja idę za nią. Robisz się super przywódcą. Tęsknię za Guurakiem - Kalt odszedł od Tahu i pobiegł za Earnurą, za nim pobiegła reszta drużyny, jedynie Traagosk został przy Tahu.

- Widzę, że zostaliśmy sami. Nie możemy podążać przez te ziemie bez aprobaty jej mieszkańców. Wbrew temu co widać, mają tu strażników, zwanych Smoczymi Jeźdźcami. Jeden taki mógłby pokonać nas bez problemu. Najlepiej udajmy się do Uru Baen. To stolica całej planety. Tam znajdziemy władcę tej krainy. Spytamy się o pozwolenie - powiedział Tahu.


Kalt i reszta dotarli po długiej wędrówce do Ellesmery. Po krótkiej pogawędce Earnury z miejscowymi, drużynie pozwolono stanąć przed Islanzadíą. Kiedy weszli do sali tronowej Kalt i Earnura pokłonili się. To samo uczyniła reszta drużyny.

- Co was sprowadza przed oblicze Islanzadí? - spytała władczyni.

- O wielmożna pani. Poszukujemy pewnej kuli, która jest częścią naszego przyjaciela. Czy wasza wysokość zezwoli, abyśmy zobaczyli wasze sławne drzewo? - powiedział Kalt.

- Pod jednym warunkiem. Jedno z was ma zostać tu ze mną na wieki - odpowiedziała władczyni.

To zdanie zszokowało wszystkich. Ostatecznie zgodził się pozostać Troglodyta.

- Wybacz przyjacielu - powiedział Alf.

Troglodyta smutno pokłonił się i stanął między świtą pani elfów.

Kalt i reszta wyszli idąc wprost do drzewa. Kalt dotarł do ogromnej sosny i zaczął kopać pod jej korzeniami. Znalazł kilka kawałków dziwnego metalu i tabliczkę.

- Lugia. Taka sama tabliczka jak u Moltresa. Ta kula musi gdzieś tu być.

Nagle nad nimi przeleciał smok. Earnura używając elfiego wzroku zobaczyła, że trzyma coś w łapach.

- Kalt, czy ta kula powinna być biało - czerwona?

- Tak, a co?

- Ten smok ją ma!

- Co?

- Widziałam. Jared, Alf, Era biegiem! Kalt spróbuj to odzyskać, my pobiegniemy za smokiem.

- Dobra - Kalt odpiął kulę od pasa i powiększył ją. Przycisnął przycisk i z kuli wyleciał Moltres.

- Koleżko. Znów potrzebuję twojej pomocy.

Ptak pochylił głowę i Kalt wskoczył na niego. Po chwili wznieśli się w powietrze i popędzili za smokiem. Elfy zdziwiły się widząc ognistego ptaka. Kalt gonił smoka, aż do pasma górskiego. Kiedy byli dostatecznie blisko, żywiołak zawołał:

- Ej ty! Masz mojego przyjaciela! Oddaj mi go!

Jeździec odpowiedział:

- Nie oddam ci smoczego jaja!

Kalt nie wytrzymał. Wydał rozkaz Moltresowi. Ptak zaatakował smoka ogniem. Smok natychmiast oddał tym samym, ale feniksowi nic to nie robiło. Wywiązała się krótka walka. W końcu Moltres zionął ogniem w łapę smoka i smok upuścił kulę. Wtedy Moltres szybko obniżył lot i Kalt złapał kulę. przypiął ją do pasa i kazał Moltresowi wylądować. Na ziemi żywiołak spotkał swoich przyjaciół. Wciągnął Moltresa ponownie do kuli, a otworzył tę drugą. Z kuli wyłoniła się przepiękna biała istota, podobna do smoka. Istota przemówiła telepatycznie do Kalta.

- Czy ty jesteś Guurahkiem? Arceus nakazał mi i moim 12 przyjaciołom cię osłaniać.

- Nie, jestem jego przyjacielem. Guurahk nie żyje, ale z twoją pomocą przywrócimy go do życia.

Smok nagle obniżył lot i zionął ogniem w Kalta. Lugia wytworzył pole siłowe wokół drużyny.

- Dzięki Lugio, a teraz może pomożesz mi i załatwimy tego napaleńca?

- Jasne, wskakuj.

Lugia pochylił się i Kalt wdrapał się na niego. Biały "smok" wzniósł się w powietrze i odpalił w smoka strumieniem lodu. Smok zrobił unik i zaatakował Lugię ogniem, lecz pole siłowe zatrzymało atak. Kalt podniósł swój karabin i zestrzelił jeźdźca smoka. Smok podleciał po niego i wtedy oberwał promieniem. Smok ocalił jeźdźca, a sam stracił przytomność. Kalt z Lugią podlecieli po przyjaciół i wspólnie okrążali Alagaesię w poszukiwaniu portalu i Tahu.


Traagosk siedział na kamieniu, a Tahu w tym czasie rozpalał ognisko. Zbliżał się zmierzch. Do Uru Baen pozostało im tylko kilka kilometrów, ale Toa dobrze wiedział, że bramy są już zamknięte. Mieli zostać na noc w jakimś małym lasku. Tahu otoczył obóz osłoną. Choć cała Alagaesia była piękną planetą, na której wojny się już zakończyły, to wkrótce kolejna mogłaby się rozpocząć.

- Jutro staniemy przed obliczem władcy Alagaesi. Nie możemy się zachowywać niestosownie. Ma za sobą cały zakon Smoczych Jeźdźców - powiedział Tahu. - Jeżeli nie pozwoli nam podróżować po tych ziemiach, będziemy musieli znaleźć jakiegoś maga, który nam pomoże. Zamieni nas w zwykłych ludzi, ale wtedy będziemy mogli spokojnie podróżować.

- Dobrze - odpowiedział Traagosk.

Kalt wylądował tuż obok obozu przyjaciela.

- Hej Tahu - zawołał głośno - mam kulę!

- Co?! - z paniką w głosie krzyknął Toa. - Dobrze, masz kulę. Ale czy pytałeś się Władcy Alagaesi, czy możesz podróżować po jego kraju? Jeśli nie, to mamy problem. Islanzadí ma całkowitą władzę, ale TYLKO w Du Weldenvarden. Teraz jesteśmy poza lasem, i spokojnie mogą nas pojmać, za to że chodzimy sobie bez zgody. Jeżeli stąd szybko nie uciekniemy, to możesz być pewny, nic nam nie pomoże. Nawet te istoty w kulach nie dałyby rady przeciwstawić się kilku Smoczym Jeźdźcom, a niewykluczone jest, że może przybyć ich więcej.

- Co się stanie, jeżeli ten Władca Alagaesi przybędzie po nas razem ze swoją obstawą? - zapytał Traagosk.

- Będą dwa wyjścia - cicho odpowiedział Tahu. - Zginiemy, albo jakimś cudem lub z jego łaski przeżyjemy. Nie jest jakimś tyranem chcącym mieć całkowitą władzę, ale bardzo troszczy się o swój lud. Każdy niepożądany gość zostaje natychmiast zlikwidowany. Możliwe, że jesteśmy niepożądani. Teraz lepiej szybko poszukajmy jakiegoś sposobu ucieczki.

Z tyłu za Tahu rozległ się cichy trzask. Toa odwrócił głowę. Z kłębków dymu wyłonił się jakiś stary człowiek w dziwnym ubraniu.

- Stójcie - rzekł widząc jak wszyscy celują w niego z karabinów. - Nie jestem tu, żeby wam zaszkodzić.

- Czego więc chcesz? - warknął Traagosk.

- Chcę wam pomóc. Mój pan, Władca Alagaesi już wie, gdzie jesteście. Będzie tu za kilkanaście minut. W tym czasie mogę was nauczyć naszej kultury poprzez wizję. Będziecie wiedzieli jak się zachować w jego obecności. Możliwe jest też wtedy, że uda wam się go jakoś przekonać, żeby was puścił wolno do waszych światów. Co do kul które posiadacie, to będzie cięższa sprawa.

- Dlaczego mielibyśmy ci ufać?! - wykrzyknął Kalt przykładając miecz do gardła postaci.

Zza człowieka wyłonił się... Disholahk. Trudno go było pomylić z innym feniksem, tym bardziej że teraz radośnie szczerzył dziób.

- Może dlatego...? Zdobyłem kulę z wymiaru Worms i oddałem ją Tyzoonowi. Miałem szukać kuli na Vvardenfell w Cesarstwie Tamriel, ale wpadłem w portal. Ale ze mną macie większe szanse na wykiwanie tego Władcy Wrednonezji czy jak to tam.

- Nie musicie mi ufać - powiedział czarodziej. - Ale bez mojej pomocy nie przeżyjecie w tym świecie. Mój pan naprawdę nie lubi intruzów.

- Nie wiem jak wy, ale nie chcę ryzykować utraty życia, zwłaszcza, że mam jeszcze kilka rzeczy do wykonania - powiedział Tahu. - Czarodzieju, ja się zgadzam. Pokaż mi wszystko, co powinienem wiedzieć, aby twój pan nie zabił nas od razu.

- A więc przejrzyj na oczy! - głośno powiedział czarodziej i dotknął czoła Tahu.

Wszyscy przyjaciele zniknęli mu z oczu. Przez umysł przemknęły mu różne sceny, rytuały i kartki z papierem. Po kilku chwilach powrócił do swojej świadomości. Toa upadł na kolana. Był spocony i bardzo szybko oddychał. Powoli wstał na nogi. Wyczerpany, jak po jakimś długim biegu albo bardzo trudnej walce stanął prosto przygotowując się na przybycie Władcy Alagaesii.

- Możesz odejść. Dam sobie radę - powiedział do czarodzieja, który od razu zniknął w krzakach. - Zdajcie się na mnie.

-Skoro nikomu nie przyszło do głowy zaszczycić mnie spojrzeniem, to sobie pójdę! - powiedział nagle Disholahk i zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, zniknął w portalu.

- Disholak! - krzyknął Kalt i rzucił się za feniksem w portal. Niestety nie zdążył. Wtedy wściekły podniósł karabin i wycelował w maga.

- Albo mi pokażesz jak się tam dostać, albo będę miał stąd pamiątkę.... twoją głowę!

- Proszę bardzo - odpowiedział spokojnie mag i obok Kalta otworzył się portal. - Zaprowadzi cię do przyjaciela.

- No to narazka! - wykrzyknął Kalt i wskoczył w portal. Kiedy portal się zamykał Alf, Era i Jared wskoczyli za nim. Earnura nie zdążyła.

Tahu w spokoju temu wszystkiemu się przyglądał. Nie odczuwał żadnych emocji. Jego umysł był czysty i trzeźwy. Wiedział co musi zrobić, żeby nie dać się zabić.

- Jeżeli chcecie się schować, to nie zatrzymuję - powiedział Toa do Earnura i Traagoska. - Muszę porozmawiać z Władcą Alagaesii, chociażby po to, żeby pozwolił nam zabrać kule.

- Chyba śnisz. Nie przepuścimy potencjalnej walki - uśmiechnął się Traagosk.

I w tej chwili znad horyzontu wzleciało kilka kolorowych punkcików. Na mur w umyśle Tahu naparła jakaś inna potężna świadomość. Toa z wielką siłą bronił swojego umysłu przed agresorem, aż do czasu kiedy atak się skończył. Wtem przed nimi wylądowały trzy smoki: błękitny, zielony i krwistoczerwony. Zsiadło z nich trzech Smoczych Jeźdźców.

Jeden z nich wystawił rękę przed siebie. Tahu poczuł, że nie może się poruszyć. Spojrzał na boki. To samo działo się z Traagoskiem i Earnurą.

Kolejny, który miał na sobie zdobiony płaszcz podszedł do Toa.

- Jak się nazywasz? - zapytał.

- Tahu, panie - odpowiedział.

- A więc Tahu. Zapewne domyślasz się, dlaczego tu jestem, ja Władca Alagaesii, prawda?

- Tak. Chcesz dowiedzieć się kim jesteśmy i odebrać nam kulę.

- Kulę? Jaką kulę? Przecież zabraliście smocze jajo! - krzyknął trzeci z Jeźdźców.

- Nie panie. Jeden z twoich Jeźdźców pomylił kulę z jajem smoka. Jeżeli mi nie wierzysz, mogę ci ją pokazać - usprawiedliwił się Tahu.

Władca Alagaesii wyjął kulę z torby Toa. Dokładnie się jej przyjrzał.

- Rzeczywiście. Nie jest to smocze jajo. Lecz, żebyś mógł zabrać tą kulę z mojego królestwa, musisz stoczyć o nią pojedynek - rzekł Jeździec.

- Dobrze, panie. Zatem zaprowadź mnie na arenę, a zawalczę z tobą.

- Ze mną? Nie. Ze mną na pewno byś przegrał. Zawalczysz z moimi trzema najmłodszymi uczniami. To będzie wspaniała walka.

- Panie, chyba mnie nie doceniasz. Nie będę walczył z trzema młokosami.

- To ty nie doceniasz moich uczniów. Jeszcze się zdziwisz - tymi słowami zakończył rozmowę.

Każdy Jeździec zabrał po jednej osobie na swojego smoka i odlecieli do Uru Baen.

Po kilkunastu minutach lotu Tahu poczuł inny umysł blisko swojego. Na pewno nie był to umysł żadnego z Jeźdźców, bo oni byli otoczeni murami.

- Jesteś ciekawą istotą - odezwał się damski głos w głowie Tahu.

- Dziękuję. Z kim mam przyjemność rozmawiać? - spytał się Toa.

- Nazywam się Vervada. Jestem smoczycą Jeźdźca po twojej prawej - powiedziała

Tahu odwrócił wzrok w jej stronę. Ona mrugnęła do niego znacząco.

- Mam na imię Tahu. Dlaczego uważasz, że jestem taki ciekawy?

- Możesz tworzyć płomienie i kontrolować ciepło bez użycia magii. W całej Alagaesii nie ma takiej istoty. Twoje ciało nie jest w pełni organiczne. To też jest pewna nowość - odpowiedziała mu Vervada.

- Nie pochodzę z tego świata. Na mojej planecie istoty takie jak ja mogą kontrolować różne żywioły, od wody po ogień, od światła po mrok. Wszyscy jesteśmy częściowo organiczni i mechaniczni. Nie musimy jeść, jedynie pobierać energię, żeby żyć - wyjaśnił jej Toa. - Jeżeli jesteś tego tak ciekawa, mogę pokazać ci moje wspomnienia. Dowiesz się o moim świecie, tyle ile tylko chcesz.

- Nie boisz się, że kiedy będę oglądać twoje wspomnienia, zaatakuję cię?

- Nie. Po samym stylu w jakim mówisz, poznaję, że nie jesteś smokiem, który atakuje każdą napotkaną osobę. No i polubiłem cię - powiedział. Na chwilę zamknął oczy, skoncentrował się i zaczął pokazywać swoje wspomnienia Vervadzie.

Do końca lotu Tahu pokazywał Vervadzie swoje wspomnienia albo z nią rozmawiał.

Dolecieli do Uru Baen. Każde z nich dostało jeden pokój. Mieli odpocząć jeden dzień. Następnego Tahu miał walczyć.

Toa siedział na łóżku ostrząc swój miecz. Strażnik, który stał przy drzwiach najwidoczniej nie lubił obcych istot, bo starał się nie patrzeć na Tahu.

- Boisz się mnie? - zapytał Toa.

- Phi. Oczywiście, że nie - odpowiedział człowiek.

- To dobrze. Nie chcę być tu postrzegany jako potwór, bo nim nie jestem.

- Powiedz to mieszczanom - burknął pod nosem strażnik. - Co to za miecz?

- Raczej zwykły. Jest wykuty specjalnie dla mnie. Przy jego pomocy mogę kontrolować ogień - powiedział i nagle ostrze się zapaliło. Strażnik zbladł. - Nie bój się, niczego nie podpalę.

- To czarna magia! - krzyknął człowiek.

- To moc. Jest mała różnica.

- Nie gadaj głupot. Nikt nie potrafi czegoś takiego zrobić bez użycia jakichś czarów, i to raczej mrocznych.

- Ja potrafię.

Strażnik umilkł i nie odzywał się więcej. Po kilku minutach ktoś zapukał do drzwi.

- Proszę - powiedział Tahu.

Do pokoju wszedł jakiś elf.

- Panie, mam rozkaz aby zaprowadzić cię na salę treningową - rzekł.

- Dobrze. A więc chodźmy.

Wyszli. Na sali Toa mógł spokojnie przygotować się do walki. Trenował fechtunek z kilkoma elfami jednocześnie. Choć żaden człowiek nie może być tak dobry w walce na miecze jak elf, to Tahu z łatwością rozbrajał przeciwników.

- Co jest? Czego nie dajecie z siebie wszystkiego? - w końcu się spytał.

- Nie możemy skrzywdzić gościa - odpowiedział jeden z nich.

- Ach tak? W takim razie brońcie się!

Toa rzucił się z mieczem na elfy. Pierwszy jaki był na drodze zareagował wystarczająco szybko, żeby sparować atak, ale jego miecz nagle się rozgrzał i poparzył mu rękę. Kolejny nie bronił się już, ale zaczął atakować. Po kilku zetknięciach ostrzy Tahu z wielką siłą ciął prosto w elfa. Gdy ten się osłonił, jego miecz pękł na pół. Odłamki spadły na podłogę.

- Starczy mi przygotowań - powiedział Toa i odszedł do swojego pokoju, żeby odpocząć.

Tahu obudził się bardzo wcześnie. Strażnik zaprowadził go na arenę. Po drodze spotkał Władcę Alagaesii. Stanęli na boku i zaczęli między sobą szeptać. Po kilku minutach Toa odszedł.

Powoli na trybuny schodziła się publiczność, głownie ludzie i elfy, ale można było dostrzec także małe grupki krasnoludów. Przeciwnicy Tahu zakładali lekkie i mocne kolczugi. Toa trochę pomyślał nad tym, czy jego zbroja będzie wystarczająco wytrzymała. Zamknął oczy i zaczął się koncentrować. Po kilku chwilach adaptacyjna zbroja zaczęła się zmieniać. Na ramionach pojawiła się grubsza warstwa metalu, na klatce piersiowej też. Na nogach pojawiały się nagolennice i grubsze zbroje na uda. Maska upodobniła się do wersji Mata, choć wyglądała bardziej jak hełm. Teraz Tahu wyglądał jak dość lekko uzbrojony wojownik. Jedynymi broniami był ognisty miecz oraz obrotowa tarcza z ostrzami.

Toa stanął na środku areny, a naprzeciw niego jego trzej przeciwnicy. Z zadaszonej części trybun odezwał się Władca Alagaesii:

- Narodzie mój! Dzisiaj odbędzie się niecodzienne widowisko. Moich trzech uczniów: Warenclor, Yumego i Frikner zawalczą z moim gościem - Tahu! Bawmy się dobrze!

Tahu odwrócił się w stronę skąd pochodził głos. Obok Władcy Alagaesii siedzieli Traagosk i Earnura. Wojownik uśmiechnął się do nich.

- Wojownicy - kontynuował WA. - Podczas walki możecie używać broni białej oraz magii. W każdej chwili można się poddać. W takiej sytuacji należy nad sobą wytworzyć kulę ognia. Zabronione jest zabijanie. Jeżeli ktokolwiek z was tego dokona, zostanie ścięty. A teraz niech walka się rozpocznie!

Yumego z wielką szybkością skoczył na Tahu, lecz ten obronił się tarczą. W tym czasie Frinker używając magii wytworzył małą falę sięgającą do kolan Toa, a Warenclor wytworzył chłodny powiew powietrza. Woda zamarzła, ale tylko na chwilę, bo moc ognia bez trudu rozmroziła lód. Miecz czerwonego wojownika zapłonął. Zaczął atakować Yumego. Z każdym ciosem widać było, że młody uczeń nie mógł dorównać doświadczonemu przeciwnikowi. Wtedy od tyłu zaatakował Warenclor ze swoim toporem. Tahu zdążył uniknąć ciosu. Ostrze toporu utknął głęboko w ziemi. Toa to wykorzystał i łokciem powalił przeciwnika na podłoże. Przyłożył koniuszek miecza do jego gardła.

- Poddaj się. Jesteś pokonany - powiedział Tahu.

- Nigdy - krzyknął Warenclor i wstał z ziemi. - Thrysta vindr!

Potężna kula sprężonego powietrza uderzyła w Toa, który odleciał na kilkanaście bio. Jego zbroja była poważnie uszkodzona, a tarcza nie nadawała się już do użytku. Powoli powstał z ziemi. Zauważył, że Frinker zaczął mamrotać jakieś zaklęcie. Teraz był już przygotowany. Strumień wody wystrzelił w jego stronę. W takiej sytuacji Hau bardzo się przydała. Osłona ochroniła Tahu przed wodą i dodatkowo wytworzyła drobniutki deszczyk, który pogorszał widoczność. To był moment, który można było wykorzystać. Nagle temperatura wszędzie wokół zaczęła wzrastać. Kropelki wody zaczęły parować i na polu walki utworzyła się chmura zakrywająca wszystko. Toa wbił swój miecz w ziemię obok. Otoczyła go osłona. Złożył ręce i skoncentrował się na jednej rzeczy - naprawie i zmianie zbroi. Po kilku chwilach było po sprawie. Teraz wygląd Tahu zmienił się na bardziej ninja. Hau miała wygląd Mistika. Na ramionach wisiał cienki szkarłatny płaszcz. W ciszy wojownik zaczął się skradać. Przed sobą zauważył zarysy jakiejś postaci. Po cichu zakradł się od tyłu i przybliżył swoje usta do ucha oponenta.

- Bu!

Rozległ się krzyk. W miejscu w którym przed chwilą stał Tahu świsnął miecz. Yumego stał ze swoim ostrzem w ręku przygotowany do obrony. W pewnej chwili rękojeść miecza szybko się rozgrzała. Ostrze upadło na ziemię. Toa powiedział:

- Poddaj się. Jesteś kolejnym, którego pokonałem.

- Nie! - odpowiedział mu przeciwnik i zza pasa wyciągnął sztylet, który od razu rzucił kierunku piersi Tahu.

Mały kawałek osłony ochronił Toa. Doskoczył do oponenta, przyłożył miecz do jego gardła i poprowadził na zewnątrz zasłony mgielnej. Tam popchnął go, a on upadł na kolana. Wystawił do góry rękę nad którą zapalił się płomień. Pierwszy przeciwnik został pokonany.

Wtem od tyłu uderzyła go ogromna pięść z kamienia. Tahu przeleciał kilka bio i upadł. Od razu wstał i zdążył uniknąć kolejnego ataku. Jak duch, szybko i bezszelestnie ruszył w stronę kolejnego kamiennego ataku. Ogromna dłoń uniosła się ponad niego i z wielką prędkością opadła. Kurz na chwilę zasłonił ten kawałek areny, ale gdy opadł można było zobaczyć tylko długi płaski kamień z okrągłą dziurą po środku. Toa zniknął. Warenclor podbiegł żeby sprawdzić czy przypadkiem nie przesadził z siłą i nie zabił swojego przeciwnika. Schylił się nad dziurą, ale nic tam nie było. Wtem obok niego znikąd pojawił się Tahu. Złapał ręce przeciwnika i wykręcił je do tyłu, a swoją nogę oparł na jego plecach. Szybko pociągnął. Wrzask Warenclora rozległ się wszędzie. Publika zamarła, a WA aż wstał z tronu. Po jego wyrazie twarzy można było poznać, że nie spodziewał się tego.

- Teraz naprawdę cię pokonałem - rzekł Toa. - Gdybyś wtedy się poddał, nie musiałbym cię ranić. Przykro mi.

Tahu puścił Warenclora, a ten upadł na kamień. Z ramion powoli ciekła mu krew. Ręce swobodnie i bez kontroli zwisały po bokach wojownika. Pozostał ostatni - pomyślał Toa. - Muszę się do tego przygotować. Wyjął mały czarny sztylet. Przeciął sobie żyłę i dokładnie obsmarował ostrze czerwoną mazią. Nakreślił na ziemi krąg z krwi i kilka mniejszych symboli wewnątrz niego. Schował sztylet, a wyją znów miecz. Stanął na środku i wbił miecz na brzegu koła. Mały płomyczek pomknął od serca, po klatce piersiowej, ręce i mieczy aż dotarł do krwi. Ciecz zapaliła się. Tahu upadł na kolana i złapał drugą ręką rękojeść miecza. Powoli cały znak się rozpalał. Toa wciąż klęczał i widać było jak traci energię. Wtem w jednej chwili wszystkie płomienie zgasły. Wojownik powoli wstał z klęczek. Wyciągnął miecz z ziemi i przygotował się na ostateczny pokaz swoich umiejętności...

Frinker wyjął zza pasy mały zwój, rozwinął go i zaczął czytać zaklęcie. Z ziemi wystrzeliły strumienie wody, które leciały wprost na Toa Ognia. W odległości 1,5 bio od wojownika większe strumienie rozszczepiły się i kilkanaście mniejszych naraz wystrzeliło w kierunku klatki piersiowej bohatera. Tahu używając Hau osłonił się przed atakiem, ale od tyłu nadchodził już kolejny. Ogromna fala mknęła w jego stronę. Wojownik długo nie myślał tylko ruszył spokojnym krokiem w stronę Frinkera. Przeciwnikowi zbladła twarz. Nie spodziewał się, że obcy tak szybko odkryje jego słabość. Przestał czytać i od razu cała woda opadła. Schował zwój, ale wyjął mały flakonik z jakimś złoto-pomarańczowym płynem. Wziął łyk. Pierwszy, drugi, trzeci i wypił do końca. Mały, krótki miecz błysnął w jego ręku. Rzucił się w kierunku Tahu, który wciąż ze spokojem szedł w jego stronę. Oponent rzucił kilkoma rzutkami w stronę Toa, ale osłona je zatrzymała. Ostrza się skrzyżowały. Frinker oparł się z całą siłą na ostrzu. Przyciskał Tahu jak tylko mógł, ale nic to mu nie dawało. Wtedy czerwony wojownik przesunął się w bok jednocześnie podstawiając nogę. Człowiek wyrżnął jak długi. Toa przyłożył koniuszek miecza do szyi i powiedział:

- Wygrałem z tobą.

- Oddaję honor. Ale po co był tamten rytuał, przecież nic ci to nie dało - odpowiedział.

- Mylisz się - założył miecz na plecy. - Teraz jestem gotowy, żeby walczyć.

- Z kim?

- Z Cieniem.

- Wszystkie Cienie zostały pokonane i zabite, a sztuka czarnoksięstwa jest zakazana pod wyrokiem śmierci.

- Powiedz to jemu! Cieniu, pokaż się! - krzyknął Tahu, odwrócił się w stronę WA i wskazał na niego.

- Co?! Nie jestem żadnym Cie...

- Nie ty, stary durniu! Twój strażnik! - krzyknął Toa.

WA odwrócił się i zobaczył bladą postać z krwistoczerwonymi włosami i mieczem w ręku. Tahu był już na to gotowy. W jednej chwili stał między WA i Cieniem. Dwa słowa zostały wypowiedziane w jednej chwili. Dwie ręce były skierowane w dwie strony.

- Brisingr! - zawył Cień.

- Ogień! - krzyknął Tahu.

c.d jutro

Bara Magna

Gresh poszedł na kolejny Turniej i walczył z Tarixem.

- Prościzna... - mówił Gresh.

Owiele puźniej

-Myślisz ,że idziemy w dobrą stronę-Spytał Tarix

-Tak,tak myślę-Gresh odpowiedział bez namysłu-Chwilka,kto tam stoji-dożucił

Postać stała prosto,patrząc na przybyszów,nagle gdy Tarix i Gresh zbliżyli się na odległość 20 metrów,czerwony glatorianin złapar swój ogromny i masywny miecz,oraz czerwoną tarczę,różnił się on budową ciała,był wyższy i masywniejszy,Tarix też przygotował swoje miecze,Gresh przypadszał mu się i podziwiał.Tarix zbliżał się powoli do tajemniczej postaci nie spuszczając go z oka,a miecze miał w pełnej gotowości.Czerwona postać uważnie przypatszyła się dwom dziwnym postacią.Tarix już chciał biec i rozprawić się z glatorianem,ale nagle i zdecydowanie Gresh zatrzymał go tarczą.

-Stój,co robisz może on jest dobry,czemu myślicz ,że jest zły-powiedział ze zdenerwowaniem Gresh.Postać nawet się nie ruszyła.

-Ok,kim jesteś-zawołał Tarix

-Hmmm, czemu mam ci obpowiedzieć-Uśmiała się postać,Tarix już szykował miecz aby wbić go w przybysza-Widzę ,że masz nerwowego kolegę.

-Ma depresję bo przegrał ze mną ważną walkę-Odpowiedział Gresh-Mógłbyś powiedzieć kim jesteś przybyszu.

-Przybyszu?Ty tu jesteś przybyszem,ja i mój rud tu mieszkamy od wojny,a ty tu pierwszy raz w rzyciu przybywasz,ok spełnie twe życzenie moćum panie,jestem Aritika-odparł Aritika

-Ja jestem Gresh a to Tarix, nie bój się jesteśmy przyjaciółmi.-dożucił Gresh

-Ta przyjaciółmi podejć tu pypku to cię na omlet z jajka przerobie-wrzasną Tarix,Gresh walną Tarixa tarczą ,że Tarix upadł i stracił przytomność.

-Masz rację przybyszu to depresja-Gresh wzią Tarixa za nogi a Aritika za ręce

-Gdzie możemy go zostawić?-Spytał Gresh

-Niedaleko jest Guratti moja wioska-odpowiedział Aritaka,zza góry ze szcieszką pokrytą szkieletami zwierząt ukazała się wioska.Była duża choć mniejcza niż Valncus,na około były mury a w śrobku zamek i Arena.Obok była duża oaza.Glatorianie weszli do wioski przez drewniany most który się chował w murze podczas ataku,a na około yła wielka jama, w której łażą jakieś stwożenia.

-Aha. Więc choć.- powiedział Gresh

Obaj szli po długim spruchniałym i trzeszczącym mościę.Gresh ciężko przełkną ślinę ale Aritika niebał się bo całe życię po nim chodzi i nic.Gdy weszli do bramy głównej ogromna i potężna krata podniosła się i uszłyszeli przeraźliwy pisk tony zerdzewialych metali,przechodzili Przez "Agorę" głuwny plac w którym były organizowane zebrania,na około placu nie było domów mieszkalnych tylko warsztaty naprawcze,sklepy,zbrojownie i różne instytucje potrzebne do istnienia państwa.Na środku placu była ogromna sala,Gresh otwierał buzię z zachwytu i patrzył na te miasto.Gdy mijali arene i pałac,Aritika pokierował gresha i weszli do zamku,po długim marszucie, położyli Tarixa na łóżku i zdjeli mu broń i schowali aby jak się obudźi nie zdemolował wszystkiego.

-Chcesz się ocoś spytać Gresh?-koleżeńsko spytał Aritika uśmiechając się ponuro,patrząc na szpiczaste i szczeliste okna z witrażami dającymi ewekt półmroku.

-Tak. Gdzie my jesteśmy!?!?. spytał Gresh

-W starożytnym mieście o nazwię Gurratti zostało założone przezemnie,ogromne z licznymi zawodami takimi jak straż miejska,sklepowi,rzemieślnicy,służba królewska,aktorów,rolników,każdy mieszkaniec ma zawód bo za prace są pieniądze a za pieniądze jest jedzenię za jedzenię jest życię.Tutaj każdy dba nietylko o siebię ale o ród,ród górujący nad wszystkimi elementami ognia,wody,skały,dżungli,lodu,piasku,rodó lawy!To miasto stara się przetrwać jak najdłużej bez innych wiosek bez przyjaciół ale z wrogami.-odparł Aritika bezlitośnie patrząc na Tarixa

-No... Więc gdzie ta jakaś kula? powiedział Gresh

-Mówisz o kuli Guhrakka?Też niewiem,budowałem to miasto od fundamentów i nigdzie jej tu niema.Straże sprawdzają codziennie ulice a mieszkańcy tego niemają,chyba że w podziemiach i w magicznej części podziemi.-Odpowiedział Aritika śmiertelnie cichym głosem.

-Mówisz że nie ma? Hmmmm... Tak! To jest to! Muszę przejść do innego wymiaru! Ups... Ale jak? Hmmm... Wiem! rozmyślał się Gresh

Karda Nui

Char

Drzwi z pazurów Kaiser zamknęły się z sykiem, a Disholahk mógł kontynuować swoją podróż.

Jego przyjaciel był martwy...

Ale wszystko dało się jeszcze naprawić.

Po krótkiej negocjacji z Zeratulem Disholahk załatwił sobie bilet w jedną stronę do świątyni Xel'Naga na Shakuras.


Disholahk stał przed świątynią. Dobrze wiedział, że o godzinie, którą Dunmerowie z Wszechświata Starych Zwojów nazywają Godziną Azury otworzy się portal do innego wszechświata.

Nadszedł zmrok.

Minęło kilka godzin po zmroku, ale Disholahk ani dgnął.

W końcu, bladym świtem, otworzył się portal na kilka sekund. Disholahk zdążył do niego wejść i wylądował we wszechświecie, gdzie władzę, a raczej całą populację planety stanowią glisty...

Wszechświat Worms

Disholahk jak zwykle wchodząc do tego wszechświata został powitany gradem wybuchów, trujących dymów i latających Świętych Granatów Ręcznych i Super-owiec.

Ten wszechświat to była jedna wielka rozróba. Jak on ma tu znaleźć jakąś kulkę? W ostatniej chwili się cofnął, gdyż prawie by oberwał prosto w twarz pociskiem z Bazooki.

Była tam cała masa malutkich robaków zawzięcie strzelających do siebie.

Te istoty dla zabawy zniszczą swój świat, pomyślał feniks i wydał z siebie swój dziwny, ptasi krzyk.

Trzasnęło i feniks wyglądał jak jeden z tych robali, ale wyglądał trochę jak Master Chief z Halo.

W sumie to nie takie złe, będzie niezła zabawa... pomyślał Disholahk i uśmiechnął się. Wyciągnął karabin szturmowy i zaczął faszerować okolicę gradem pocisków. Patrzył, jak glisty pierzchają we wszystkie strony. Szkoda. Ale to jedyny sposób, żeby dostać się do tej kuli.

Zobaczył, że kilka robali kryje się za głazem i odpowiadają ogniem. Bez namysłu strzelił tam Bazooką. Głaz rozleciał się na kawałki, ale robale się uratowały.

Zeskoczył z wzgórza, na którym się pojawił, podpełzał do jednego z robali i gruchnął go karabinem w skroń. Potem wstrzelił mu w głowę kilka pocisków.

Nagle jakiś wydłużony, brązowy obiekt wytrącił mu karabin z ręki. Był to robak z kijem baseballowym.

Feniks skoczył do tyłu i padł na ziemię. Wtedy robal już na niego skakał. W spowolnieniu - Disholahk wyciągnął pistolet i spokojnie wystrzelił.

Robak przeskoczył go, upadł na ziemię i znieruchomiał. To oni mnie do tego zmuszają.

Olśnienie! W pobliżu znajdowała się broń straszna, Słoneczny Wybuch. Była to broń samobójcza, ale też jedyny szybki środek transportu w tym wszechświecie.

Disholahk przywiązał do siebie petardę, zapalił i wyleeeeeeeeeeeeeeeeeeciał.

Nagle pomyślał: O rany, jako robal nie mogę pływać! A to ci heca!

Wyciągnął sztylet, przeciął więzy łączące go z petardą i szybkim manewrem skoczył na nią.

Wtedy zobaczył wyspę. I w tym samym momencie poczuł dziwne uczucie... Ta kula musi gdzieś tu być. Gdzieś. Tylko gdzie?

Skierował petardę w port na wyspie, i gdy był 3 metry nad ziemią skoczył do góry.

Petarda z ogromnym hukiem wybuchła o ziemię. Kilka robali ucierpiało. Disholahk zobaczył wejście do ogromnej jaskini - wprawdzie cała wyspia wydawała się jedną wielką skałą.

Feniks śmiało wkroczył w ziejący ciemnością otwór.


Kilka minut później, robak, którego nie było widać w ciemności, przystawił dynamit przy wejściu do jaskini.

-He he heeeeeee!


Disholahkowi się w końcu znudziło łażenie w ciemnościach, zmienił się z powrotem w feniksa i było światełko.

Nagle nadepnął na coś kulistego, stracił równowagę, poleciał do przodu i wyrżnął o ścianę jaskini. Masując obolały dziób, Disholahk poszukał tego kulistego obiektu.

I zobaczył.

Mała, szłopodobna kulka w środku z jakąś cieczą w trzech kolorach: białym, czerwonym, niebieskim.

W pewnym momencie feniks zauważył robala.

Albo raczej robota. Był to robot pofarbowany na złoto.

Nagle ciecz w kuli się sformowała w jedno, potem kula zmieniła kolor na srebrno-czerwony. Z kuli wyleciało coś zielono-niebiesko-czarnego, błysnęło kilka razy, świsnęło kilka razy, i po chwili robot wybuchł. Tajemnicza istota znikła.

Coś zaczęło grzechotać i jaskinie zaczęły się zawalać. Disholahk pofrunął tunelem podobnym do labiryntu.

Stalaktyty spadały i rozbijały się o stalagmity, stalagnaty łamały się i zagradzały drogę, a ziemia nad stalagnatami zaczęła się gwałtownie opuszczać.

Disholahk dotarł do wyjścia. Wyjście zagrodzone wielkimi skałami.

Niespodziewanie, coś fioletowego błysnęło i Disholahk znikł.

Wszechświat Starych Zwojów

-Co do...?

Feniks przewrócił się. A no tak, w tym wszechświecie można mieć postać tylko z tego wszechświata. Tak ustanowiono Zwoje. Poszedł daedrycznym korytarzem i skręcił w lewo.

-Boethiah... przybyłem - powiedział cicho Disholahk.

Niedaleko Disholahka pojawił się portal,z którego wyleciał Tyzoon.

-Jeśli tu jest kula Disholahk,to ją szybko bierz.Mam jedną kulę w bazie...a mówiłem że mam dobre miejsce na bazę?

Disholahk odwrócił się.

-Witaj Makuta. Masz jedną z kul? To weź moją - Disholahk podał kulę z Worms Tyzoonowi -i wróć do swojej bazy. Tutaj nie będzie bezpiecznie... muszę pogadać z Vedamem Drenem w Ebonheart.

-Dobrze-Tyzoon wykonał polecenie Disholahka

Nagle feniks wystrzelił w powietrze szybciej niż ktokolwiek zdążyłby powiedzieć ,,Kuba Wróbel", przy okazji rozbił sufit.

-Dizolak niedobroto! Remont kosztuje! - zawołał za nim Boethiah.


-To jeden z najlepszych sposobów podróży, SuperSkok - mówił do siebie Disholahk, ignorując szybko przewijający się pod nim krajobraz. -Wymyślone przeze mnie zaklęcie pozwala skoczyć naprawdę wysoko i to z dużą prędkością. Jedyna wada... to niezbyt przyjemne lądowanie. Chwila, co to?

Disholahk z rozpędem wleciał prosto w portal.


Kalt, Disholahk i inni wylecieli z portalu w bliżej nieokreślonym miejscu na Popielnej Ziemi.

Nagle na Disholahku pojawiły się srebrno-czarno-czerwone kulki, które po chwili przeobraziły się w daedryczną zbroję.

-Znajome tereny. Nie nażryj się tego - powiedział Disholahk, wskazując na kolczaste pnącza. -No i znowu mamy kłopoty!

Ku nim szła istota, zachowująca się jak zombie - kuśtykała z rękami wymierzonymi ku nim. Była dziwnie zniekształcona i spuchnięta w niektórych miejscach. Była człowiekiem.

-Zarażony spaczeniem. Jak zobaczycie całkowicie spaczonego, to wiejcie - oświadczył feniks.

Było oczywiste, że istota nie jest przyjaźnie nastawiona.

Kalt uderzył podmuchem wiatru w dziwadło i potwór odleciał na ok. 5 metrów.

-Bardzo dobrze - powiedział Disholahk - walić go z dystansu, to nas nie zarazi Śmiertelnym Spaczeniem! - po czym trzasnął zarażonego piorunem i Rudzia powiedział:

-Cricital Headshot! - i strzelił, a Biara dokonała niemożliwego - trafiła ognistym pociskiem w bełt Rudzi, co sprawiło, że bełt przebijając tors zarażonego, zaczął wypalać mu porażone prądem wnętrzości.

- Dobra, jednego mniej, a tamci dwaj? - Kalt pokazał dwóch całkowicie spaczonych 4 metry od nich. Natychmiast jednego poraził śmiertelną dawką woltów.

-EUREKA!! - ryknął nagle Disholahk takim głosem, że spaczony aż odwrócił się, zaskoczony. -Wiem, gdzie jest kula... Ale najpierw on zdechnie!

Ale zanim zdążył coś zrobić, spaczony odwrócił się ponownie i ryknął:

-GRRRRRRRRRAAAAAAAAAWWWLLLL!!

-O kutfa, już zapomniałem, jakie to brzydkie - powiedział Disholahk i zamroził spaczonego czarem Lodowe Kwiecie.

Disholahk odwrócił się do przyjaciół.

-Kula jest w Grocie Wcielonych, ale to szmat drogi stąd. Problem w tym, że Grota Wcielonych jest na północny wchód stąd, a musimy iść dookoła, ponieważ na środku tamtej drogi jest Czerwona Góra - wulkan Dagoth Ura. Wprawdzie nie ma już Popielnych Burzy, ale i tak nadal są tam monstra, z którymi trudno byłoby sobie poradzić.

Po tych słowach, feniks ruszył przed siebie, i po chwili wyciągnął mapę. Odnalazł położenie drużyny, określił północ i poszedł w kierunku północnym.

- Ja mam lepszy środek transportu! - wykrzyknął Kalt wyrzucając przed siebie dwie dwie kule. Po chwili wyłonili się z nich Lugia i Moltres.

- Wskakujcie! - zawołał Kalt i wszedł na Moltresa.

- W takim razie... - powiedział feniks i odmierzając kierunek północno-wschodni, wystrzelił w powietrze SuperSkokiem.

Jednak wtedy stało się coś strasznego. Na cały wszechświat spadł kataklizm. Wielki, zielony promień rozerwał planetę na strzepy. Lugia wytworzył pole siłowe wokół grupy. Cudem wszyscy przeżyli zniszczenie planety, jednak zaczęło im brakowac tlenu.

Wtem pojawił się innym promień i wszystkich wciągnął do środka ogromnego statku. Kiedy wszyscy odzyskali oddech, Kalt rozpoznał postać siedzącą naprzeciw nich.

- Kanclerz... - wystękał.

- Tak. Mam już Suicune'a pod całkowitą kontrolą, a teraz jeszcze ci dwaj - wskazał na Lugię i Moltresa. Kalt schował obu do kul.

- Nie dostaniesz ich, prawda Disio? - Kalt rozejrzał się - Disio? - nigdzie nie było widać feniksa,

- Wystrzelił SuperSkokiem. Nie było go przy nas. On odszedł - powiedział z rozpaczą w głosie Kusznik po czym zemdlał. Żołnierze założyli Kaltowi i Biarze obroże i zabrali wszystkim wszelką broń, łącznie z kulami i jaszczurem Xernixa.

Biały feniks, niewidoczny dla żywych, fruwał nad pojmaną ekipą Kalta.

-Na Ashę i wszystkie Wielkie Istoty, teraz to się wkurzyłem - powiedział do siebie duch Disholahka, obserwując przyjaciół. -Niedługo do was wrócę, obiecuję... szczególnie, że rozwalili moją planetę...

Poleciał w kierunku odłamków planety i wylądował na największym. Długo szukał, ale w końcu znalazł ogromne drzwi do jaskini. Magia Azury uratowała Grotę Wcielonych.

-Teraz jest zachód, zachód tej planety - powiedział Disholahk do drzwi.

-Dobrze powiedziane - pochwalił go głośny, dudniący głos. Drzwi się otworzyły, a duch feniksa wleciał do środka.

Whitehayabusa.jpg

Muzyka - Disholahk Theme (Under Cover of Night)

Biały Hayabusa dotarł z powrotem na statek Kanclerza. Zauważając port obstawiony strażnikami, zachichotał i włączył Aktywny Kamuflaż i stał się całkowicie przezroczysty. Disholahk przeszedł między strażnikami i skierował się do centrum kontroli.

W środku zastał trzech strażników. Żeby odłączyć prąd, musiał zostać zauważony, ale nagle...

Do środka wszedł kolejny strażnik i powiedział:

-Panowie, Kanclerz nas wzywa.

Strażnicy wyszli i Disholahk wyłączył prąd. Światło na całym statku zgasło, także cele więzienne były otwarte.


-To dla nas? - spytał Xernix, zaskoczony, gdy cele się otworzyły.


Biały Hayabusa ruszył w kierunku części więziennej, uzbrajając się w karabin szturmowy, pistolet i katanę. Ciągle mijał schizujących strażników, ale nie budzili jego niepokoju.

Dotarł do celu. Znalazł się w korytarzu z wejściami do cel. Po chwili uwolnił Kalta i Biarę od obroży i upewnił pozostałych, że jest przyjacielem.

-Kim jesteś? - spytała Biara podejrzliwie.

Disholahk wyszczerzył zęby, chociaż przez hełm nie było tego widać.

-A jak myślisz?

Wszyscy poznali ten głos.

-Disio? - spytał Rudzia. -Jakim prawem?

-Grawitacji - odparł Hayabusa. -Spoko, żartowałem. Tak, to ja. Nie powinienem tego robić - zwrócił się do Kalra -wyszedłem na durnia i prawie zdechłem. Chyba nie myśleliście, że jestem martwy? Biara powinna o tym wiedzieć. No dobra, chodźmy.

Wyłączył swój kamuflaż i poprowadził przyjaciół do portu, ale w porcie natknął się na strażników.

-Kim jesteś i dlaczego wyprowadziłeś więźniów?

-Jestem Seth-136 i jestem białym Hayabusą, mam przenieść więźniów na planetę Shakuras, by tam dokonać egzekucji - skłamał Disholahk, podając swój pseudnonim SPARTAN-II.

Strażnicy spojrzeli po sobie, ale zanim coś powiedzieli, Disholahk wprowadził przyjaciół do jednego ze statków i wystartował.

-Horkruks - rzekł Hayabusa. -Dlatego nadal żyję.

- Disio, ja stąd nie mogę lecieć. Dołączę do was później, ale teraz muszę... - Kalt przerwał wpół zdania i wystrzelił kapsułę. Powrócił do "gwiazdy".

Disholahk zwrócił się do przyjaciół:

-Powinniście o tym pamiętać. Dopóki horkruks istnieje, ja nie mogę umrzeć.

Chwilę później, gdy wszyscy milczeli, Disholahk odezwał się:

-No dobra, to gdzie lecimy?

Po dłuższym milczeniu, dodał:

-No to zawiozę nas do domu. - Ściągnął hełm i zobaczyli jego prawdziwą twarz - niemal perfekcyjnie kulista głowa z czterema rogami w kwadracie z tyłu głowy, z końcami zakrzywionymi ku środku kwadratu. Dwa pomarańczowe, trójkątne oczy. Gdy ziewnął, zobaczyli jego paszczę - dwa rzędy malutkich, lecz ostrych jak brzytwa zębów przypominających igły. Końcówki były lekko zielone.

Zmienił kurs i lecieli z powrotem do Ashan.

Wymiar Toa Teridaxa

Tahu rozmyślał nad swoim działaniem. Ostatnio wykonał wszystkie swoje obowiązki i Drago pozwolił mu wyruszyć w kolejną podróż między-wymiarową. Guurahk "zginął", a uściślając jego umysł i dusza zostały podzielone na 13 części i umieszczone w kulach. Ciało można było poskładać w kilka minut, więc jedynym problemem było odnalezienie kul. Wtedy przy pomocy Kanohi Kxaron mógłby połączyć energie egzystencjalne Guurahka i umieścić je w ciele.

Toa Ognia wiedział, że kule zostały umieszczone w różnych wymiarach i że żadnej z nich nie ma w jego. Musiał spotkać się z resztą drużyny i wspólnie z nimi podróżować. Poszedł do Iruini'ego, żeby otworzył mu portal.

Wymiar Darnoka

Darnok przysiadł na kamieniu. Odkąd ocalili ziemię wszystko było jakieś dziwne.Nagle podszedł do niego Hetrax.

-Nie sądzisz że już za długo opłakujesz Noktisa?

-Nie.To był wielki wojownik Hetrax.Pamiętaj,zawdzięczasz mu życie.

-Gdybyś się wtedy nie zawahał on był by tu z nami!

-Sugerujesz że to moja wina?

-A nawet jeśli to co?Naślesz na mnie Skralle?

-Przydałoby się.Ale tego nie zrobię.

Nagle Podszedł Tryna.

-Znowu poszło o Noktisa?Przestańcie już.

Wtem nadleciała świetlista sfera.

-Hetrax!Darnok!To wy to robicie?

-Nie Tryna To częśc Kogoś.

Hetrax zamknął oczy.Po minucie je otworzył.

-To częśc duszy wojownika o imieniu Guurahk.
Darnok milczał wciąż miał w głowie ostatnie słowa Noktisa:"Więc to już.To jest śmierc.Zabawne,Myślałem że to wielki ból.Tymczasem to uczucie nie ma określenia.Darnok,walcz dalej za nas obu.Ja już nie walczę.Nie dam rady.".
-Darnok,Hetrax co z tym robimy?
-Pytaj Darnoka Tryna.To on jest "liderem".
-Weź to Tryna.
Tryna wystrzelił bąbelek z ręki i zmniejszył sferę.
-Darnuś,co teraz?
-Nie wiem.
-Po co go pytasz Tryna?On nigdy nic nie wie.
Wtem z piasku wyskoczył Vorox i zabrał sferę.
-Musimy go złapac.
Tryna z furią skoczył na Voroxa,lecz złapał ledwie jego ogon.Vorox biegnąc ciągnął Trynę po ziemi.Biegnący z tyłu Darnok i Hetrax omal nie posikali się ze śmiechu.
-Zaraz liderze.A co z Bagdadem i Unar?
-Dadzą se radę.
Przed Voroxem otworzył się portal.Głupie zwierze szybko do niego wskoczyło wciągając Trynę z sobą.Zaraz później wskoczył Darnok,a na końcu Hetrax.
Darnok się rozejrzał byli w jakimś pomieszczeniu.

Tyzoon pojawił się niespodziewanie.
-Dzień dobry,nie widzieliście takiej kuli?
-Mówisz o takiej?
-Czekaj Tryna,A jeśli to wróg?Niech lider powie co robic.
-Jak masz na imię?
-Tyzoon.
-Ja jestem Darnok,to Hetrax a to Tryna.
-Miło poznac.
-Mów czego chcesz.
-Tej oto kuli.
-A czemu mamy ci ją oddac?Nie oddamy jej prawda?Darnok,Hetrax mam rację?

Ale Darnok i Hetrax nic nie mówili,tylko pogwizdywali sobie stojąc z tyłu.
-To tacy z was przyjaciele?

-To jak będzie panowie?W tej kuli jest kawałek duszy mego przyjaciela.I dostane te kule albo po przyjacielsku...(Tyzoon szykuje miniguna) albo wezme ją siłą!

-Dobra,ale idziemy z tobą albo...(darnok szykuje miotacz)

-Prosze bardzo,możecie iść ze mną.Ale to oznacza szukanie pozostałych 10 kul,ja mam 2,wy jedną,a potrzebujemy 13.(w tej chwili pojawia się portal który przenosi Tyzoona i Darnoka do pokoju teleportacyjnego)

Wszechświat WTP

Pierwsze co Tyzoon pamiętał to to że wylądował na ziemi,w lesie.Trafił na finał.Obserwował co się dzieje.Szukał kuli.Wtem zobaczył coś złoto-zielonego.To była kula.Wiedział że jeśli się pokaże wybuchnie panika.Cóż mógł innego robić jak skorzystać z miniguna?

Postanowił wypróbować nową funkcję.Postanowił to przyciągnąć magnesem.Choć było to dziwne,po chwili była w rękach Tyzoona.Zdarzyła się jednak wpadka...bowiem Gwen wpadła na kulę,a Owen zobaczył Tyzoona,do tego zapomniał o innym błędzie z przeszłości...był tu już za długo...zakłócił równowagę wymiaru...musiał jak najszybciej stąd uciekać.

Tyzoon uciekł z małym przyjacielem...niedźwiedziem...

Pokój teleportacyjny

Jeszcze przed dotarciem do wszechświata Tyzoon wciąż nie mógł się pogodzić ze śmiercią Guurahka.Wtem ktoś przybył:

-Jeśli chcesz przyjaciela odzyskać,ze mną pójdziesz.

Równie dobrze Tyzoon mógłby go zabić z miniguna,przy którym ostatnio majsterkował i ulepszył,ale jednak wiedział że chodzi o Guurahka.Poszedł więc z nim.Wszedł do pokoju teleportacyjnego.Tam było 13 portali,każdy prowadził do wszechświata z kulą.Na pierwszy cel Tyzoon obrał sobie wszechświat WTP.Zanim to jednak zrobił jego część Makuty przejęła nad nim kontrolę i zabiła przybysza.Gdy odzyskał kontrole,nie żył.Postanowił więc ruszyć.


Tyzoon wrócił i odstawił kulę na miejsce.Miejsc było trzynaście.Każde nad portalem do wszechświata.Zanim jednak ją odłożył zorientował się że za jego plecami jest niedźwiedź którego ze sobą zabrał.Wsadził go do portalu i umieścił kulę na swoje miejsce...portal do wszechświata WTP się wyłączył.

Wtem zobaczył że Disholahk ma kulę z wymiaru Worms.Natychmiast do niego rusza.


Tyzoon wrócił z kulą wszechświata Worms.Odłożył na miejsce.Na następny cel obrał se wszechświat Darnoka.


Tyzoon w raz z Darnokiem przybył do pokoju teleportacyjnego.Makuta do niego rzekł:

-Umieść kule w miejscu twojego wszechświata

-A Hetrax i Tryna?Co znimi?

-Taa-daa-Pojawił się Amak

-Chciałem Trynę i Hetraxa a nie to!

-Spoko ja też umiem pomóc. A tak wogóle o co tu biega, bo jestem trochę niezorientowany?

-Dajcie kumpli bo zabiję zaraz tu kogoś.

-Spokojnie. Umiem ci pomóc. A poza tym-gwizdną i przybiegło stadko piesołaków-Mam odsiecz.

Piesołaków było pięć. Dobrze przez Amaka wytresowanych i do niego przywiązanych.

-Decyzja należy do Tyzoona...

-Tyzoon?-zdziwił się Amak

-Gdzie ty...

-Ja też-zaklaskał dwa razy i przybiegła armia zesków-mam odsziecz.

-kto to gada?!?!?!?!?!!!!!!!!!!@*()NFGRGBBJ333$#$#$#%$%&^!@@@@#$##@!%$@!#$^$Y^^$#!

-Tryna.

-Nareście się łom pojawił.Zaraz?Gdzie Hetrax?Mata Nui!Czy ja wszystko muszę robic sam?

-No to co ze mną?-zapytal zniecierpliwiony Amak.

-Nie widzisz że opieprzam tego tłumoka?

(z nikąd pojawia się Tyzoon)

-Dobra,badałem pozostałe wymiary.Lecimy do Karda Nui,tam jest czwarta kula.

-No nareszcie.Tryna i Amak!Pójdziecie na Bara Magna!

-To do Karda Nui!(i teleportują się)


To co Tyzoon?-Nalegał Amak-Mogę być z wami?


Pokój teleportacyjny opustoszał. Disholahk pojawił się znikąd, chwycił kulę Worms i zniknął.

Heroes V

Disholahk wypadł z portalu i upadł na dwie nogi. Natychmiast nozdrza wypełnił mu zapach znajomej siarki, dymu i nadmiaru ognia.

-Cytadela Biary! Jak dawno tu nie byłem...

-Witaj Disholahk jestem MOX NUVA dawno ci tu nie było zmieniło się trochę oprowadzę cię.

Disholahk spojrzał nań bez zrozumienia i natychmiast wyjął katanę (tutaj jest Lodowym Golemem).

-Jak się do Sheogh dostałeś, obcy? I dlaczego proponujesz mi oprowadzenie mnie po Cytadeli skoro byłem tu ze sto razy? A tak w ogóle, to podaj imię, chyba że chcesz żeby cię Biara kopła! - wycedził.

-jestem Mox nuva i jak mówiłem zmieniło się tu troch Nagle mox wyciągnął otrze światła schowaj katanę bo cie porachuje

-Jesteś intruzem. Grozisz mi? - spytał Disholahk tonem, który był zimniejszy od lodowca.

Kilka minut ciszy napiętej jak struna. I wtedy ta struna pękła.

Disholahk wbił katanę w ziemię.

-KOZACKA MAGIAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! - ryknął feniks, po czym skoczył do przodu i szybkim cięciem złamał świetlne ostrze na pół, potem wykonał zwinny piruet i kopnął Mox Nuvę w twarz, po czym przyłożył mu katanę do gardła.

-Jak się do Sheogh dostałeś, obcy? - powtórzył Disholahk.

-ja ja ja nie wiem byłem tu tu się obudziłem a teraz naprawiaj mi miecz ty nędzna plugawa żmijo

Po chwili obok walczących otworzył się portal. Wyskoczyły z niego dwa pająki, jakiś wojownik i żywiołak wody, jednak wyglądał inaczej. Wyglądał niczym ogromny wąż stworzony z wody. W jego ciele pływały dwie Kule, w paszczy miał karabin, a na ogonie ostrze. Kiedy zobaczy walczących, natychmiast strzelił golema sądząc, że Disholak to ta druga istota.

wtedy mox wstał z ziemi i wyrwał katane Disholahka i odcioł głowe wodnej beti-I co ty na to disholahk

Wodna bestia natychmiast wchłonęła wodę z jej głowy i zregenerowała się. Wtedy strzeliła MOX NUVę i ogonem wytrąciła jej katanę, która wpadła prosto w ręce Disholaka. Kalt, który był tą bestią, wchłonął MOX NUVę do swego ciała i postać nie mogła się ruszyć.

Disholahk złapał swoją katanę. Dopiero teraz wszyscy zauważyli, że nie pokazał jeszcze swej twarzy.

Ale nagle rozległ się kobiecy głos:

-Skoro już po wszystkim, to możemy zaczynać?

Disholahk odwrócił się. W otwartej bramie do Cytadeli Biary stał nie kto inny, jak ona sama. I to w towarzystwie kilku osób: Kusznika, prześladowcy, goblińskiego plugawca i posępnego jeźdźcy. Disholahk natychmiast rozpoznał kumpli: Rudzia, Sztylet, Sojar i Xernix.

Feniks dopiero teraz pokazał swoją twarz, którą ukrywał pod peleryną z kapturem. Czerwone oczy na czarnej twarzy bez śladu źrenic czy tęczówek, a poniżej paszcza z ostrymi jak brzytwa krótkimi ząbkami, a jej wnętrze było ciemniejsze niż ciemność. Maszkaron wyszczerzył zębiska w kierunku Biary.

-Jasne. Rozumiem, że będziesz mi towarzyszyła? - spytał Disholahk. Sukkubus popatrzył na niego tak, jakby to było oczywiste.

-Diszol, co ci się w ryja stało? - spytał Sztylet.

-Kontuzja ze świata, w którym mam taką samą postać - oznajmił feniks. -Biaro, jak natkniemy się na Raelaga, to oczekuję widowiskowego plaszczaka - dodał, patrząc na demonicę.

Kalt splunął tuż obok sukkubusa. Miał dość przeżyć z piekielniakami w jego świecie. Jednak kiedy zobaczył twarz Disholaka to oblał sukkubusa wodą (to są jego wymiociny xD). Po chwili wąż przysunął się do Disia i pokazał mu MOX NUVę.

-Kalt, jeśli to miało ją obrażać, to możesz się zaraz pożegnać z życiem - powiedział Disholahk cicho. -Ona jest moim przyjacielem i oni też. Wierz mi, nie sądzę, żebyś miał jakieś szanse z nią... ale wolę nie ryzykować jej śmierci.

Disholahk ruszył do przodu i wszyscy podążyli za nim. Biara natychmiast do niego podeszła i zajęła rozmową.

Kalt lekko oblał Disholaka wodą. Z swego ciała stworzył litery, którymi napisał: "Po prostu nie lubię piekielniaków, a zwymiotowałem na widok twojej twarzy, sorka". Podczas tego wszystkiego powykręcało MOX NUVę okropnie. Po chwii Kalt ułożył się jeszcze w napis: "Co z nim?".

Disholahk powoli machnął ręką, a sukkubus odszedł na kilka metrów.

-Z Moxem? Poza tym, że go trochę nastraszyłem, to nic - szepnął Disholahk z ponurym zadowoleniem. -A co do demonów piekła, to właśnie u nich jest najwięcej kanciarzy, ale można znaleźć trochę przyzwoitych istot. Na przykład Biara albo chociażby... Groszek - Disholahk zachichotał.

Wtedy Kalt "wypluł" MOXA i splunął jeszcze kilka razy, żeby pozbyć się brudnej wody.

aaaah kim ty jesteś wzdycha mox bo prawie się utopił-złamełesz mi rękę ty ty wodna bestio

Kalt strzelił blasterem tuż obok MOXa.

-Trudno się dziwić, że może ci złamać rękę, jak to, w czym jesteś, się wygina w kształty różnych liter... na przykład R Q H K F, szczególnie bolesne... - rzekł Disholahk.

Niespodziewanie, coś głośno trzasnęło.

-Nie teraz! - zawołał Disholahk. -Odejdź, zjawo nieczysta, nie jestem przygotowany!

Ale już coś zaczęło grzechotać, i wynurzać się z ziemi. Coś bardzo dużego. I nie było żywe.

Z ziemi wystrzeliło sześć szkieletów jaszczurzych głów, o bardzo długich szyjach, a po chwili wyszło całe kościane cielsko. Ogromna, nieumarła hydra.

-To jeden z moich największych wrogów w Ashan - oświadczył Disholahk. -Zabiłoby nawet Kha-Beletha... nieważne - dodał, widząc minę Moxa.

Disholahk skoczył do przodu i zaczął ciachać hydrę swoją kataną. Pomimo tego, że katana przeszywała kości, one się zrastały. Ale hydra czuła coś w rodzaju bólu.

Potem w kierunku hydry wystrzeliły ogniste pociski. Sztylet obrócił twarz i zauważył, że Biara wściekle ciska w szkieleta ognistymi kulami.

Rudzia natychmiast załadował lodowe strzały do kuszy i zaczął strzelać w jedną z głów, na chwil wyłączając ją z walki. Sztylet po prostu skoczył i wbił jednej z głów sztylety w łeb. Gdy wściekły, martwy smok podniósł łeb, Sztylet zawisł na swoich nożach. Wyglądało to dość komicznie. Sojar tańczył z tamburynem, co oznaczało, że splugawił magię hydry.

gdy Mox wstał z ziemi chciał pomuc Disholahkowi i wyciongnoł zza pleców Midak Skyblaster i zaczął strzelać w bestie ale to nic nie dało-Ej co mam robić disho powiedz co???

Kalt strzelał w Hydrę z blastera. Nie wyrządzało to zbyt wielu szkód, lecz spalało to jej kości i szpik, tak że nie mogły się zrosnąć. Niestety obrażenia były minimalne.

Disholahk po chwili przestał atakować mieczem. Rzucił jakieś zaklęcie i na hydrę spadł grad meteorytów, tworząc duże ładne eksplozje. Na kilka minut hydra była osłabiona. W pewnym momencie Disholahk wpadł w Krwawy Szał i rzucił się na hydrę zapominając o swoim bezpieczeństwie. Z całej siły ciął i ciął hydrę, a kości rozpadały się na kawałki. Sztylet dokonał niemożliwego: wyciągnął jeden ze swych noży, skoczył na głowę umarlaka i przeciął szyję. Głowa spadała na ziemię a kości zaczęły głośno klekotać.

Kalt zmienił się w falę i zmył niektóre części hydry w siną dal.

MOX załadował blaster i zapytał się disha czy morze mu potowarzyszyć w jego podróży

-Jasne - odparł feniks, szczerząc swe potworne zęby.

Ale nagle ogon hydry uderzył w Sojara, któremu tamburyno wyleciało z ręki. Hydra odzyskała magię i wskrzesiła stracone głowy, które połączyły się z całością. Hydra się całkowicie zregenerowała.

Biara użyła Magii Przywołania i przywołała 5 Arcydiabłów i 5 Arcydemonów. 10 demonów natychmiast rzuciło się na smoka i zaczęło okładać go swoimi berłami, a sukkubus wrócił się do ognistych kul.

Disholahk rzucił na siebie czar Widmowe Zastępy i po chwili do walki dołączył się niematerialny sobowtór Disholahka, ale jednak zadawał obrażenia.

Rudzia rzucił jeden ze starożytnych czarów - Stwórz Feniksa. Do walki dołączył ogromny feniks, zrzucając ogniste kule i promienie na nieumarłego smoka.

-Przywoływujcie sojuszników! - ryknął Disholahk, którego sobowtór robił dokładnie to samo co oryginał.

Biara zrezygnowała z ognistych pocisków, wyjęła dwie płonące katany i pobiegła do ataku na tą kupę kości.

Kalt wypuścił Lugię i Moltresa. Moltres wypalał kości hydry. Miało to mniej więcej ten sam skutek co strzały Kalta, a jednak dużo mocniejszy. Lugią przemowił telepatycznie:

- Używajcie ognia! Wtedy jej części ciała się nie zrosną! - i Lugia strzelił strumieniem ognia w bestię.

Disholahk kiwnął głową. Cofnął się, po czym rzucił kulę ognia w kierunku hydry.

-Lugia ma rację! Jeśli nie będziemy niszczyć kości, to one się zregenerują!

Nagle nastąpiła jedna z rzeczy, która mogła bardzo się przydać: przylazła cała armia elfów z Irollan, z Findanem na czele.

-ZACIACHAĆ NIEUMARŁEGO SMOCZEGO KRETYNA!! - ryknął Findan. Biara na jego widok natychmiast schowała się za Disholahkiem.

MOX szubko przywołał 5 ognistych bohrakuw i przeto był osłabiony ale za to bohraki zaczęły palić bestie

Disholahk doznał olśnienia! Podszedł do Kalta (ignorując stojącą za nim Biarę) i spytał:

-Kalt, nieumarli są gośćmi, których się przywoływuje?

Kalt znacząco spojrzał na Lugię. Smok przemówił słowami Kalta.

- Niby tak. Przeważnie tak jest choć nie zawsze.

Disholahk wbił katanę w ziemię.

-Wygnanie! - ryknął.

Z jego katany popełzły po ziemi czarne linie, potem ułożyły się w kształt gwiazdy w której stał feniks. Buchnęły z nich zielononiebieskie płomienie.

Feniks i sobowtór Disholahka rozpłynęli się w powietrzu. Z ogromnej hydry uciekło sztuczne życie i kości spadły na ziemię, głośno klekocąc.

-Jeszcze tylko trochę dyplomacji... - powiedział Disholahk, patrząc na króla elfów Findana.

- Co mamy robić? - spytał Lugia.

-Zostawcie to mi - odparł Disholahk z uśmiechem, świadczącym o tym, że ma tajną broń. -Hej, pokurczu! - ryknął do Findana -Zjeżdżaj, albo ci zaśpiewam!

-Chciałbym to zobaczyć! - zawołał elf.

Disholahk uśmiechnął się jeszcze szerzej.

-Zatkajcie uszy - powiedział, tak żeby nikt z elfów nie dosłyszał. Gdy upewnił się, że wszyscy przyjaciele mają zatkane uszy, zaczął śpiewać.

Było to tylko jednak długie, mrożące krew w żyłach wycie, przypominające straszne chwile z życia, te, w których odczuwało się największy lęk - elfy natychmiast opuściła odwaga. Zapanowała zupełna ciemność. A potem Disholahk zawył jeszcze głośniej, a po chwili zupełnie ucichł. Nadal się zjadliwie uśmiechał. Powróciło światło.

Elfy jeszcze chwilę się zataczały, a po chwili upadły na ziemię. Wszystkie martwe, Findan też. Wszyscy z wytrzeszczonymi oczami i twarzami przedstawiającymi duuuużo lęku. Biara dźgnęła Findana palcem w oko.

-Umie to każdy, kto przeżył śpieeew - powiedział Disholahk melodyjnie.

Wzrok pozostałych wyrażał jedynie "??". Nadal mieli zatkane uszy i nie wiedzieli o co Disiowi biega.

Disholahk nagle podszedł do dziwnego urządzenia z podestem, którego wcześniej nikt nie zawuażył. Wszyscy weszli na podest za nim.

Disholahk przeciągnął jakąś dźwignie i po chwili platforma zaczęła się wznosić do góry, gdzie czekała na nich ogromna dziura, prowadząca do ziemi krasnoludów Ashan.

- Ekhem.. Możemy już odetkać uszy? - spytał Kalt.

-Jasne.

Biara dźgnęła Disholahka palcem w ramię. Disholahk się odwrócił.

-Patrz!

Na szczycie dziury, gdzie był śnieżny ląd, stał lisz Kahtimoo, znany już Guurahkowi z wydarzeń na Shakuras. Ale stało się z nim coś dziwnego. Teraz nie był już liszem, tylko kimś większym, większym nawet od Arcylisza, był Liszmistrzem.

-Witam, liszu - powiedział Disholahk dość chłodno, gdy platforma dostała się na brzeg dziury.

-Witam - odpowiedział Kahtimoo, także niezbyt przyjaznym tonem.

Liszmistrz natychmiast chwycił swoją magiczną laskę, ale zanim zdążył zaatakować, Biara przejrzała jego zamiary. Wytrąciła mu laskę z rąk, chwyciła pokryte liszajami ręce i związała je w bolesnym uchwycie, a na koniec przyłożyła jedną z płonących katan do jego martwego serca.

-Wyjaśnij to - wycedziła.

Liszmistrz spojrzał na nią z nienawiścią w oczach. Po raz kolejny Biara przejrzała jego zamiary, złapała jego księgę zaklęć, wyrwała kilkadziesiąt kartek i wszystko wyrzuciła do dziury w ziemi.

-To ci się już nie przyda - powiedział Disholahk, łapiąc jedną z kartek. -Hmm... ,,Wskrzeszenie Umarłych", ,,Armageddon", ,,Wzmocniona Implozja", ,,Piekielna Fala"... Tak, Piekielna Fala to piękny czar - skomentował Disholahk, wspominając chwilę, gdy Biara wysadziła w powietrze kilkadziesiąt tysięcy ludzi Piekielną Falą. -Tylko ciekawe, dlaczego zrobił się z ciebie taki agresor.

-Bo mu korniszony z krocza wychodzą - zasugerowała Biara.

-On nie ma krocza - oświadczył Disholahk, na co wszyscy parsknęli śmiechem. Liszmistrza ogarnęła jeszcze większa złość.

Disholahk wrócił do wertowania kartki.

-,,Magiczny Kryształ", ,,Głębokie Zamrożenie"... to można na nim przetestować... ,,Oślepienie"... bardzo przydatne... chyba zacznę się uczyć Magii Mroku - stwierdził Disholahk.

Kalt zaczął się powoli wycofywać, tak, że nikt nie zauważył, jednak gdy wciągnął Lugię i Moltresa do kul, wszyscy usłyszeli charakterystyczny dźwięk.

Biara chlasnęła liszmistrza kataną. Buchnął czarny dym, a po chwili jego ciało się rozpłynęło. Disholahk dalej czyta:

-,,Choroba Dziąseł", ,,Potężne Pierdnięcie", ,,Wessanie Klozetu", ,,Odchodowa Bomba"... rzygać mi się chce - oświadczył. -No więc dobra, rozkazy.

Sztylet, Biara i Rudzia przysunęli się do niego trochę bliżej.

-Sztylet i Xern, operacja 36. Biaro, operacja 57. Rudzia, operacja 9. No i Sojar, idziesz ze mną - objaśnił Disholahk. Sztylet, Xernix, Biara i Rudzia natychmiast poszli w różnych kierunkach.

- A ja? - spytał Kalt.

-A ty też idziesz ze mną... Biara! - krzyknął feniks. -Nie zapomnij o horkruksie!... My szukamy jednej z kul Guurahka, która jest w tym świecie. A moich przyjaciół wysłałem, żeby na jakiś czas zatrzymali ewentualną pogoń - powiedział Disholahk, kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa.

- Ok, tak więc jak znajdziemy tę kulę? - spytał żywiołak.

Disholahk wyszczerzył zęby.

-Właśnie miałem zadać ci to pytanie...

Nagle spod ziemi wyskoczył wielki tygrys i zaczął dookoła zionąć ogniem. Trafił Kalta i żywiołak zmienił się w parę wodną. Na ziemi pozostały jedynie kule, miecz i blaster.

Disholahk skoczył i przygwoździł tygrysa do ziemi i zaczął się z nim turlać po ziemi, wciąż trzymając się jego brzucha. Po chwili się zatrzymali (Disholahk leżał na ziemi) i Disholahk ujrzał kły tygrysa i ślinę tuż przed twarzą. Ale po chwili w łbie tygrysa wylądowało tamburyno Sojara. Feniks wstał i z obrzydzeniem strząsnął z siebie zwłoki. Potem użył czaru podobnego do tego, którego użył, by unicestwić hydrę, i Kalt pojawił się z powrotem. Nikt nie zdążył się nacieszyć, po oto znienacka wyskoczyło kilku ludzkich Czempionów na koniach i jeden (Critical Headshot!) trafił kopią Disholahka w głowę. Disholahk umierał...

Ale było w tym coś dziwnego... Disholahk zatoczył się do tyłu jakby był w wodzie i zaczął się robić coraz bardziej przezroczysty, w końcu obrócił się, odpłynął w dal i rozpłynął się w powietrzu.

Natychmiast na pole bitwy wkroczyła Biara i Sztylet. Sztylet wskoczył i wbił nóż w łeb jednego z Czempionów, Biara zestrzeliła kolejnego, a potem przyszedł Rudzia i z kuszy strzelił Critical Headshot.

-Co jest?

-Disholahk dostał w łeb! - poinformował Sojar.

-Przecież nie jest martwy - powiedział Sztylet, zdziwiony.

-Bo stworzył horkruksa - wyjaśnił Rudzia. -Mam plan...

Krótka cisza.

-Musimy dostać się do ziemi elfów. Tam znajdziemy pewną istotę, która nam pomoże. Ma na imię Ametyst. Ruszamy w drogę.

Po czym odwrócił się i zaczął iść dalej poprzez śnieżne ziemie.

Bestia jednak nie zginęła. Tygrys wstał i podmuchem ognia zniszczył tamburyno. Kalt był jednak gotowy i natychmiast owinął się wokół głowy bestii. Wtedy zza jej futra wypłynęła mała tabliczka. Tamburyno trafiło akurat w nią bo widać było wgniecenie.

- Uspokój się Entei! - zawołał Kalt. Wtedy bestia ochłonęła i żywiołak uwolnił ją. Chwilę później Entei odskoczył w las i wrócił z kulą. Położył ją wtedy na ziemi i dotknął łapą. Kula go wchłonęła, a Kalt wchłonął kulę. Wtedy żywiołak wyruszył za przyjaciółmi feniksa.


Po paru godzinach marszu, śnieg zaczął zamieniać się w zieloną roślinność. Wkrótce znaleźli się w Irollan, lesie elfów.

-Ciicho - szepnął Rudzia. -Uważajcie, żeby go nie przepłoszyć.

Nagle zza krzaku wyłonił się piękny jednorożec. Cały był fioletowy, tylko róg był zielony.

Rudzia skłonił się, patrząc jednorożcu w oczy. Po chwili Ametyst ugiął przednie kolana i obniżył odległość tułowia od ziemi. Trudno było wątpić, że to ukłon.

Kusznik podszedł do Ametysta i powiedział:

-Ametyście, musisz pomóc Disholahkowi.

Jednorożec spojrzał na niego jednym okiem z niezrozumieniem. Rudzia szeptem mu wszystko opowiedział.

Biara wyciągnęła prawą rękę i wycelowała w Ametysta.

BUM!!

Rozległ się ogłuszający trzask, oślepiająco biały promień zasłonił jednorożca, ale po chwili wszystko wróciło do normy. Jednorożec nie wydawał się zbytnio zmieniony.

-Disholahk? - spytał Rudzia.

-Jasne - odpowiedział jednorożec, po raz pierwszy mówiąc.

- Dobra, wiem, że nic nie wiem. Mamy kulę Disio. Tak więc, co teraz robimy? - spytał Kalt zdziwiony zupełnie nowym światem i prawami w nim panującymi.

Wtedy wszyscy usłyszeli trzask łamanej gałęzi. Grupa się odwróciła i spojrzała w tamtą stronę gotowa do ataku. Byli to jednak tylko Alf, Era i Jared. W sieci trzymali jakiegoś zaplątanego maga.

- Zauważyliśmy go zanim przybyły elfy. Goniliśmy go, aż dotąd. Chciał zdobyć róg jednorożca czy jakoś tak. Nie wiem czy się przyda - powiedział łowca i popchnął więźnia w stronę drużyny.

Kalt ogonem rozciął więzy i zabrał maga na stronę.

- Naucz mnie magii, proszę - szepnął do niego żywiołak.

-Róg jednorożca? - spytał Disholahk lodowatym tonem. -Czyżby nie wiedział, że do tego trzeba zabić jednorożca, a zabicie jednorożca to nie lada wyczyn? Chyba każdy wie, że jednorożec może wywołać oślepiający flesz podczas ataku rogiem, a żadna z Magii na niego nie działa. Czy...

-Diszol, nie musisz wymieniać magicznych zdolności jednorożca - przerwał mu Sztylet. -Ach, idzie Xernix!

Z krzaków wyłonił się mroczny elf.

-Kazałem Raelagowi spotkać się z Izabelą u Zehira, a gdy poszedł, to na moje pożegnanie odpaliłem trebuszetem w jego miasto - oświadczył, bardzo z siebie zadowolony.

Wtem zza krzaków wyłoniła się potężna wodna bestia. Był z 10 razy większa od przeciętnego żywiołaka wody. Na plecach miał dwie pary olbrzymich skrzydeł, a na końcu ogona ogromne ostrze z błyskawic. Pod tą bestią stał mag.

- Mówiłem, że szybko się uczę - powiedział Kalt. Potem chwycił maga ręką z wody i powiedział:

- Dzięki. Teraz potrafię kontrolować wodę, powietrze i błyskawice! - po czym podmuchem wiatry złamał trzy drzewa. Wtedy jednak mag wylał na żywiołaka dziwną miksturę. Potwór zaczął się zmniejszać i cierpieć. Ręka zniknęła i mag zaczął uciekać, jednak Jared "unieszkodliwił" zbiega. Rudzia podszedł do martwego maga i wyciągnął kilka fiolek z jego torby, które podał Disholahkowi.

Disholahk obejrzał fiolki.

-Dziwne. To nie pasuje do żadnej z tutejszych magii. Tutaj mamy tylko Okrzyki Orków, Magię Runiczną, Mroku, Światła, Zniszczenia i Przywołania. A...

Nagle usłyszeli głośne dudnięcia, a gdy się odwrócili, zobaczyli, że idzie ku nim Tytan - potężne, kolosalne istoty bez zbroi z mocą ciskania piorunów.

-No proszę, kto by pomyślał? Znowu się żulia burzy! - powiedział Disholahk.

Wtedy Kalt przestał się zmniejszać i przybrał dawną postać (z HIII). Jednak na ziemi leżały fragmenty zbroi ze stopu żelaza z tytanem. Kalt założył hełm wyglądający jak hełm Gresha/Gelu (taka forma pośrednia) i części zbroi złączyły sie z jego ciałem. Stał się Toa. Natychmiast wyssał całą energię elektryczną z Tytana i sprężonym powietrzem przebił pierś kolosa (sprężone powietrze przebije nawet grubą warstwę metalu). Z mocy Tytana i resztek stopu stworzył sobie miecz.

Rudzia zajmował się czymś zupełnie innym: czytał jakiś podręcznik.

-Hm... piszą, że możesz dawać z sierpowego... poważna sprawa...

Disholahk to usłyszał, skoczył aż do głowy Tytana i zbierając energię w kopyta, dał mu sierpowego prosto w podbródek. Potem skoczył mu na głowę i wbił róg między oczy, po czym nadal wbijając mu róg w ciało zjechał na sam dół, ale w miejscu, gdzie powinien być narząd rozrodczy Tytana, Disholahk spadł na ziemię. Szybko wstał i zrobił lodowy wicherek, Tytan upadł na wicherek i wyleciał w powietrze robiąc beczki i pętle, a potem upadł na ziemię z ogłuszającym dudnięciem.

- To teraz co? - spytał Kalt.

Disholahk otworzył portal.

-Wskakujemy.

Kalt podskoczył, wykonał salto w powietrzu i wyciągniętą nogą przeleciał przez portal. Za nim wskoczyła reszta


Disholahk pogadał sobie z Kahtimem. A potem z Xernixem.

Zdrada.

Jak śmiał. Xernix zdradził, po tylu latach spędzonych razem. A teraz Disholahk żałuje, że go nie zabił, gdy spotkali się po raz pierwszy. Kilka bolesnych wspomnień mniej. W każdym razie, Sztylet mu wyciął serce. A feniks rzucił je jaszczurce zdrajcy do pyska.

Nagle poczuł wezwanie. A raczej usłyszał.

Zrozumiał, że w tym wszechświecie wykonał swoje zadanie. Nie zrozumiał tego. Przecież miał jeszcze dużo do zrobienia. Między innymi znaleźć te 13 czy tam ile kul i zrobić parę (tysięcy) rozwałek tu i tam. W każdym razie, Disholahk i jego kumple odeszli. Disholahk, Kahtimoo, Sztylet i Rudzia. A Sojar i Biara zostali.

Wieża Ashy

Marmurowe posadzki, w których odbijało się srebrzyste niebo, nie wskazywały na niczyją obecność. Kahtimoo podpłynął do postumentu i złożył na nim ciało Guurahka.

Wyjął berło Sandro.

-Przybądź, o Pani Mroku, przybądź, i przekaż mi swoją MOOOOOOOOOOOOCC!!

Niebo zrobiło się czarne, pioruny trzasnęły w berło. Był odnowiony, silniejszy, głodny zemsty. Będzie czatował, będzie komitetem powitalnym.

Zaświaty

Disholahk zmaterializował się i wylądował miękko na chmurze.

-Cywilizacja? - spytał ktoś wyglądający jak oślepiająco biały żywiołak ziemi.

-Feniksy.

Trzasnęło.

-Jakoś niewyraźnie wyglądasz.

-Może powinienem zażyć Rutinoscorbin? - spytał Disholahk.

-Nie czas na żarty. Nie jesteś w pełni martwy.

-Nie w pełni martwy?

-A co, całkowita martwość bardziej cię zachwyca?

-No... nie.

Stworzenie przyjrzało mu się.

-Śmierdzisz horkruksem.

-A no tak, jednego zrobiłem.

Stworzenie przyjrzało mu się jeszcze dokładniej.

-Bolesna rzecz, prawda?

-Taaa...

-Czuję, że uczyniłeś horkruksem drugą istotę. Kiedy znajdzie dla ciebie nowe ciało, wrócisz do Ashan.

-Miło! Pasuje - powiedział Disholahk zachwycony.

Był to koniec rozmowy. Stworzenie rozpłynęło się w powietrzu, ale po chwili przypłynęły czarne chmury i okryły go szczelnie. Po chwili zapadł w letarg.


Chmury odpłynęły i Disholahk natychmiast obudził się. Metr od niego stał wielki, błękitno-czerwony portal. Disholahk nie miał czasu na decyzję, czy wejść, bo po chwili portal sam go wciągnął.

-Zaraz,zaraz.To gdzie my w końcu jesteśmy? -spytał się Disholahka Wirax, ale portal już pochłonął feniksa. Po chwili biała istota wróciła i spytała Wiraxa:

-Cywilizacja?

-Być może...Ale w takim razie będe musiał tu przeżyć.-rzekł Wirax.

-Jesteś martwy, wiesz? - spytał żywiołak ziemi. -Cywilizacja?

-Nie jestem pewien.-rzekł Wirax jednocześnie siadając i parząc na żywiołaka ziemi.

-Nie ma tu żadnej cywilizacji.

Po chwili Wirax wstał,jednocześnie drapiąc się po głowie.

-O nie!Nie zdobyliśmy kuli ze świata pianek!

Wirax padł na twardą chmurę.

-Jestem wykończony!-krzyknął-Musimy się jakoś z tąd wydostać.

-TWOJA cywilizacja, w której żyłeś, za czasów, gdy byłeś... żywy - oświadczył żywiołak.

-To znaczy że ja...nieżyję?-spytał się żywiołaka ziemi Wirax.

-Oczywiście, przecież to zaświaty - odparł żywiołak.

Nagle pojawił się Gresh.

-Cywilizacja? spytał natychmiast żywiołak. -Jak umarłeś, to nie wrócisz, dopóki nie wskrzeszą cię tam, na ziemi.

-Szedłem z kulą, a po chwili pojawił się taki portal i kula tam wleciała. I ktoś wbił mi nóż w głowę... odpowiedział zombi Gresh z nożem w głowie.

Plants vs. Zombies

Gresh szedł i coś w niego strzeliło

- Ałaaaaaa!!!!! Co to było? Ał! - krzyknął Gresh

- Z drogi!! Uważaj!! Za tobą jest Zombi!! - krzyknęła Roślina

- Zombi? ^_^. - Gresh wyciągnął Miecze i zaczął walczyć.

Pobliska roślinka zaczęła błyszczeć i po chwili pojawił się Amak.

Gresh przybiegł do Amaka i powiedział - Co ty tu robisz?

Wirax zeskoczył z gałęzi i zapytał Gresha i Amaka:A co wy tu robicie?

- Mnie ciekawi co wy tu robicie bo ja tu byłem 5 godzin temu - powiedział Gresh

Zombi z wiadrem na głowie zaatakował Wiraxa. Gresh przybiegł do Zombiego i go zabił.

- Uratowałem ci życie. - powiedział Gresh

Amak krzykną: -Do ataku!

This is sparta!-krzyknął toa plazmy,po czym żucił się na "invisible zombie" z "counter strike 2D".

Amak, Gresh, Wirax i Rośliny walczyli ze zombi aż do wieczoru.

-Majkel Jackson!!!!!!!!! - krzykną Gresh

Gresh zabił Zombiego aż padł.

-Walczcie na razie beze mnie. - powiedział Gresh

-Nie zostawiaj nas!Swoich kumpli!-krzyknął toa światła.

Minęła 1 godzina a Gresh się obódził i zaczął walczyć.

-Dobra. Wy walczcie a ja pójdę na dach.- powiedział Gresh

A po co?-spytał się Grasha Wirax.

-Na dachu jest Dr. Zombos (to zombi boss na wielkim robocie) i tak zombi mogą się dostać do domu! - powiedział Gresh

-Weź na chwilkę moje ostrze bumerang!-krzyknął do Gresha Wirax.

-Wezwę towarzyrzy! Fakku!- wrzasnął Amak, po czym przybyli Fakku, Idost i Wher.

-Po co mam wziąść to ostrze? Kto ze mną idzie ale tylko jedna osoba.- powiedział Gresh

-Myślałem że ci się przyda!Ale jak nie,to nie.-rzekł toa śmierci.

-Chcesz pójść ze mną?- spytał Wiraxa Gresh

-Niech będzie!-krzyknął do Grasha toa śmierci.

Gresh i Wirax weszli na dach gdzie był Dr.Zombos!

-On ma Kule! krzyknął Gresh i zaczął niszczyć Robota.

Wirax(jeszcze raz wyewoluował) żucił w Dr.Zombosa diamentem.

-Ałaa!!- krzyknął Dr.Zombos i przycisknął przycisk i jego Robot wyplół onistą kulę.

-Zniszczę ją!- krzyknął Mrożący Grzyb i wybuchł M rozem że kula znikła a Gresh spadł z Dachu. Wszedł na dach i rozwalił robota a Dr.Zombos uciekał z kulą.

-Ha ha ha! niedostaniesz tej kuli!- zaśmiał się Dr.Zombos.

-Wirax choć! - krzyknął Gresh do Wiraxa.

Wirax pobiegł w ślady Gresha.

Gresh zabił Dr.Zombosa i złapał kule.

-Mam!!!!!!!!! Tak! - Krzyknął Gresh.

-No to złaź na ziemię!!!!!-krzyknął Wirax.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.