FANDOM


"Byłbym głupcem, gdybym kłamał i udawał, że nie dopuściłem się tych czynów, oczywiście, że tak było. Ale historia skrywa w sobie coś więcej. I jest jeszcze jedna rzecz, którą musisz sobie zapamiętać: historia jest pisana przez zwycięzców."
Sahmad

PL | ENG
ST PL

Opowieść Sahmada to opowiadanie opublikowane na BIONICLEstory.com w 2010 roku. Opisuje historię Plemienia Żelaza z perspektywy Sahmada.

Rozdział 1

Nazywam się Sahmad. Być może słyszałeś już to imię wypowiadane przy ogniskach Agori lub szeptane przez Glatorian stojących na warcie. Imię wymawiane z szacunkiem, i ze strachem, i tak właśnie powinno być. Historia powie ci, że jestem potworem, łowcą niewolników, który porywa swoich pobratymców Agori i sprzedaje ich Skrallom. Byłbym głupcem, gdybym kłamał i udawał, że nie dopuściłem się tych czynów, oczywiście, że tak było. Ale historia skrywa w sobie coś więcej. I jest jeszcze jedna rzecz, którą musisz sobie zapamiętać: historia jest pisana przez zwycięzców.

Jestem członkiem Plemienia Żelaza. Nie żeby można było to stwierdzić po kolorze mojego pancerza, to zamierzone. Przyznawanie się, że pochodzi się z tego plemienia było lub nadal jest sposobem, aby inni cię unikali, wytykali, a nawet rzucali w ciebie kamieniami. Nie jesteśmy mile widziani w wioskach innych Agori, na tyle dobrych, aby dzielić się ze sobą jedzeniem i piciem, ani na tyle czystych, by ze sobą handlować. Jesteśmy kreaturami, o których mówi się do nowych nocnych strażników: "Lepiej bądź ostrożny, bo inaczej dorwą cię Agori Żelaza".

Oczywiście, nie zawsze tak było. Dawno, dawno temu, jeszcze przed Wojną o Rdzeń i Rozpadem, moje plemię żyło w górach Bota Magna i pracowało w kopalniach. Żelazo, które wykopaliśmy ze skał, wysyłaliśmy do Plemienia Ognia na przetopienie. W zamian otrzymywaliśmy już gotową broń. Byliśmy szorstcy w stosunku do innych, ale szanowano nas za naszą pracę i traktowano jak innych Agori. Członkowie Plemienia Żelaza wiedli życie pełne ciężkiej, uczciwej pracy i nie chcieli nic więcej. Nie licząc paru konfliktów z naszymi sąsiadami z gór, Skrallami, nie mieliśmy sporów z nikim.

Kiedy nadszedł koniec, nadszedł szybko i cicho niczym sztylet przytknięty do pleców. Kilku górników pracujących na obrzeżach naszego terenu zaczęło zachowywać się dziwnie. Byli roztargnieni, kłótliwi, a z upływem dni było coraz gorzej. Zapytani czy czują się chorzy, odpowiadali, że nie. Jedyną dziwną rzeczą, o której nam powiedzieli, było to, że mieli zaburzenia snu, więc nie mogli już śnić. Większość z nas się z tego śmiała. Wszak jedyne, co się liczyło, to nasza siła, dzięki której mogliśmy wydobywać metal ze skał i wyciągać na powierzchnię. Jakie miało to znaczenie, że nasz sen stał się tylko śnieniem pozbawionym iluzji i fantazji. W dodatku jeśli nie śnisz, nie musisz się martwić także o koszmary, prawda? Nie. Jeśli nie możesz śnić ani marzyć, twoje prawdziwe życie staje się koszmarem.

Niektórzy z nas wydawali się odporni: ja, Telluris i kilku innych. Rzecz jasna, nasi sąsiedzi byli ciekawi, dlaczego jesteśmy ciągle zdolni do snu. Żaden z nas nie znał odpowiedzi. Oczywiście nie powstrzymało to innych z naszego plemienia od prób dowiedzenia się, nawet jeśli oznaczałoby to naszą śmierć. Zebraliśmy się razem w jednej jaskini, gotowi do obrony przed szalonymi Agori, którzy byli niegdyś naszymi przyjaciółmi.

Kiedy sytuacja się pogorszyła, nasz przywódca zaapelował do innych wiosek o pomoc. Skrallowie tylko się roześmiali. Inne plemiona nawet nie pozwoliły mu przekroczyć granic ich krain. Nikt nie chciał kupować ani trochę żelaza, które wciąż wydobywaliśmy, wierząc, że przenosi chorobę. Wszystkie szlaki handlowe zamknięto.

Gdy jeden z jeszcze zdrowych Agori chciał się przyłączyć do innego plemienia, został wywieziony do lasu, a tam zabiły go bestie. Na dobrą sprawę, równie dobrze mogli to zrobić ci Agori, którzy go przedtem odrzucili. Bycie członkiem Plemienia Żelaza było teraz obciążone karą śmierci. Jeśli nie padłeś ofiarą plagi, to z łatwością mogłeś paść ofiarą któregoś z dawnych partnerów handlowych.

Telluris wymyślił sposób, jak za pomocą minerałów zmieniać kolor naszych pancerzy i hełmów, aby móc podawać ze za członków nieznanego plemienia i znaleźć schronienie. To był głupi pomysł, ale zgodziłem się. Nie muszę ci mówić, jak się to sprawdziło. Mimo to, przeżyliśmy. Widzieliśmy, jak członkowie naszego plemienia umierają jeden po drugim. W końcu było ich za mało, aby stanowić dla nas zagrożenie. Zorganizowaliśmy naszą ucieczkę, ale nie było dokąd się udać. W dodatku żaden z nas nie był pewien, czy ktoś inny nie jest nosicielem zarazy, więc powinieneś domyślić się, dlaczego zdecydowaliśmy się rozdzielić.

Udałem się na południe, nie wiedząc, że Telluris także. Żyłem z tego, co wyżebrałem lub ukradłem. Widziałem wybuch Wojny o Rdzeń i jak Agori zabijają się bronią z żelaza, które wydobyli moi ludzie, i śmiałem się. Kiedy nastąpił Rozpad, byłem na Bara Magna. Znalazłem rydwan i zdobyłem lojalność Spikita w jedyny możliwy sposób - nakarmiłem go. Nie wiedziałem, co przyszłość mi jeszcze przyniesie, ale miałem transport i miałem gniew. Chciałem połączyć oba i się zemścić.

Telluris miał inny sposób. Zaczął plądrować pustynie w maszynie bojowej opartej na Skopio, na przykład atakował karawany.

Ja wymyśliłem zgoła odmienny plan. Chciałem zmienić plemiona Agori w towar. Chciałem sprzedawać ich Skrallom i pozostawiać ich, aby umierali w pladze tak, jak moi przyjaciele.

W ciągu ostatnich dni wiele się zmieniło. Skrallowi zostali wygonieni z Roxtus, dwie gigantyczne metalowe postacie walczą w chmurach z powodów, których nie mogę sobie nawet wyobrazić. Nie mam wątpliwości, że koniec świata nadchodzi, ale zanim to nastąpi mam zadanie, które chcę wykonać. Gdzieś tam, ktoś wie, co się stało moim ludziom. Wie, że plaga była wynikiem wypadku lub ataku, błędu lub eksperymentu. Zanim Bara Magna rozpadnie się w pył, mam zamiar znaleźć odpowiedzi na te pytania. I jeśli ktoś jest odpowiedzialny za los mojego plemienia, to mam nadzieję, że gdzieś śni o mnie i budzi się z krzykiem.

Rozdział 2

Lubię spać. Lubię spać, ponieważ lubię śnić. Sny przypominają mi o tym, że wciąż żyję.

Ostatniej nocy śniłem, że znowu byłem w wiosce żelaza, pracując w zimnej i wilgotnej kopalni. Powietrze wypełniało rytmiczne klang-klang kilofów uderzających w skałę. Spherus Magna była dzisiaj hojna i wyszliśmy z mroku z ładunkiem żelaza. Stałem na szczycie i w oddali widziałem Agori Skały chodzących tam i z powrotem jak pajęcze żuki. Wtem zatrzymali się i odwrócili wszyscy na raz, patrząc na naszą wioskę. Odwróciłem się, żeby zobaczyć, czemu się mogą przyglądać i właśnie wtedy zobaczyłem, jak pierwszy Agori Żelaza znika. W jednym momencie rozładowywał wóz z rudą, w następnym go nie było. Chwilę potem znikało ich coraz więcej i więcej. Wiedziałem, że działo się coś okropnego. Musiałem to zatrzymać.

Pobiegłem przez wioskę w poszukiwaniu mojej ukochanej. Kiedy ją znalazłem, wziąłem ją w ramiona i ściskałem z całej siły, zaś moment później, trzymałem jedynie powietrze.

Pomocy. Potrzebowaliśmy pomocy. Pobiegłem w dół do Agori Skały, krzyknąłem do nich, by zwrócili na nas uwagę. Krzyczałem, błagałem bez skutku. Powaliłem jednego z nich, żeby tylko zwrócić ich uwagę. Wtedy spojrzałem w dół i nie zobaczyłem nic. Zniknąłem.

Obudziłem się zlany potem. Obozowałem niedaleko od Rzeki Skrall. Zdjąłem moją zbroję i klęknąłem przy brzegu, próbując zmyć z siebie mój koszmar. W świetle księżyca, mogłem zobaczyć coś masywnego, a kiedy się przyjrzałem, zauważyłem, że to pojazd Skopio, zbudowany przez Tellurisa, teraz leżący na piasku, jak zwłoki martwego zwierzęcia. Sam właściciel przysiadł obok. Zaprzągłem Spikita do wozu i podjechałem do Tellurisa. Wyglądał jakby był w żałobie.

- Co się stało? - spytałem.

- Zrujnowali je - odpowiedział członek mojego plemienia. - Glatorianie, zniszczyli Skopio. Nigdy już nie zadziała.

Zawsze uważałem, że budowa Skopio była tylko marnotrawstwem czasu i materiałów. Nieważne jak wielka jest twoja broń, ktoś zawsze może zbudować większą. Nie pokonasz swoich wrogów czymś, co mogą dostrzec z odległości dziesięciu kilometrów. Nie, robisz to, przenikając do środka jak larwa kolcowego robaka, stając się częścią ich społeczeństwa i wyniszczając ich od wewnątrz. Skopio było ostoją Tellurisa, jego opancerzonym i uzbrojonym sposobem na wyładowanie gniewu na ten świat.

- Nie możesz go naprawić?

- Nie mam części. - Pokręcił głową.

Spojrzałem na niego. Możliwe, że w kilka dni przeszłaby mu tęsknota za maszyną. Nie nadawałby się wtedy jednak już do niczego. Bez względu na to, jak szalony by nie był, to nadal członek mojego plemienia, jeden z niewielu ocalałych i byłem mu coś dłużny.

- Może znajdziemy potrzebne ci części - zasugerowałem. - Wybieram się na północ. Możesz wyruszyć ze mną.

Spojrzał na mnie i wskazał na Skopio.

- Nie mogę go tak tutaj zostawić.

- Nie ucieknie - odparłem. - A gdy wrócimy, odbudujemy je, większe i lepsze niż przedtem.

Telluris wstał i wspiął się na powóz. Pociągnąłem za cugle i Spikit zaczął wlec się na północ. Nie byłem do końca pewien, dokąd zmierzaliśmy, lecz miałem pewien pomysł. Jeśli śmierć moich braci nie była przypadkowa, było to morderstwo. A jeśli to było morderstwo, ktoś musiał mieć z tego jakąś korzyść. Kimkolwiek ten ktoś był, zamierzałem sprawić, by zapłacił za każdego martwego Agori Żelaza. Nie mogłem wrócić na miejsce zbrodni, ponieważ Bota Magna oderwała się tysiące lat temu i nie wracała. Jedyne, co mogłem zrobić, to wyruszyć na północ z nadzieją, że czegoś się dowiem, najlepiej zanim dwa roboty zmiażdżą to, co zostało z Bara Magna.

Byliśmy w drodze od kilku godzin, gdy nagle Spikit zatrzymał się się, a oba łby uniosły się w panice. Telluris zeskoczył z powozu.

Wskazał na coś i krzyknął, lecz sam już to zauważyłem. Długi, szary wąż zwinięty na piasku, z niebieskimi oczami, w których widać było szaleństwo.

- Zabij go! - powiedziałem Tellurisowi.

Wziął z powozu ostrze i ostrożnie zaczął zbliżać się do węża. Był to jakiś rodzaj żmii, niesamowicie jadowitej i nie było z niej pożytku. Martwa mogłaby być przynajmniej obiadem. Telluris uniósł broń i miał ją opuścić, gdy wąż nastroszył się, jak gdyby miał zaatakować, lecz zamiast tego, wąż przemówił.

- Zrób to - powiedział. - Zabij mnie, nie mogę już tego dłużej znieść.

Telluris spojrzał na mnie, chcąc upewnić się, czy nie zwariował. Skinąłem głową, dając mu do zrozumienia, że też to usłyszałem. Przypomniałem sobie opowieść zasłyszaną od kilku Agori Skały. Uciekali z Roxtus po przegranej bitwie i zarzekali się, że Agori Lodu, imieniem Metus, został zamieniony w węża. Brzmiało to tak, jakby zjedli zbyt dużo nieświeżych Thornaxów, ale teraz… Cóż, na Bara Magna znajdowało się wiele dziwactw, ale gadający wąż do nich nie należał.

- Jesteś… Metus? - spytałem węża.

Zasyczał w odpowiedzi.

- Mówiono, że poprzysiągłeś zemstę za to, co ci zrobiono - kontynuowałem. - Poddałeś się?

- Wciąż pragnę zemsty - odpowiedział Metus. - Zamiana w tego stwora mnie nie zatrzyma, nie zatrzymałaby mnie zamiana w karalucha. Znalazłbym sposób, gdyby nie… - urwał.

Czekałem. Gdy nie kontynuował, spytałem:

- Gdyby nie co?

Wąż przypełznął do mnie po piasku i spojrzał na mnie ze smutkiem w swych błękitnych oczach.

- Przestałem śnić - wyszeptał.

Nagle pustynia zdawała się pogrążać w ciszy. Jedyne, co mogłem usłyszeć, to mój głos - "znowu się zaczyna".

Rozdział 3

Stałem na piaskach pustyni, rozmawiając z mówiącym wężem. Smutne jest to, że to właśnie wtedy mój umysł miał się najlepiej. I właśnie w samym środku naszej wymiany zdań, świat zmierzał ku końcowi. A przynajmniej ja tak czułem.

Najpierw mrok zasłonił wszystko; Telluris zaczął pleść, że księżyc spada z nieba; Metus schował głowę w piasek. Spojrzałem w górę, aby ujrzeć masywne ciało niebieskie przelatujące nade mną, fragment, który uderzył w głowę jednego z dwóch gigantycznych robotów. Robot upadł, a siła uderzenia zwaliła mnie z nóg. Nie podjąłem żadnego wysiłku, aby wstać. Jeżeli świat zmierzał ku końcowi, moja głowa mogła równie dobrze leżeć na ziemi. Drugie uderzenie, o dziwo, nie było za silne.

Po chwili, gdy żaden robot już nie upadł, a żaden księżyc nie leciał przez niebo, podniosłem głowę. Telluris mówił, że Spherus Magna znowu jest całością. Wydawał się być tym podekscytowany. Ja nie przyłączyłem się do świętowania. Można się dziwić, czemu nie ucieszyłem się z tego, że trzy kawałki mojej planety są znowu jednym. Jako ktoś mieszkający na Bara Magna mogę ci powiedzieć, że na pustyni jest bardzo zimno. Chłodny lód skuł me serce ponad sto tysięcy lat temu i teraz jedynym, o czym mogłem myśleć było to, że jeśli istoty, które zesłały senną plagę na moich ludzi przebywały na Bota Magna, to teraz ponownie znalazły się w moim zasięgu.

Wstałem na nogi i strzepałem piasek z pancerza. Nadszedł czas, aby odejść.

- Chodźmy - powiedziałem do swoich dwóch towarzyszy.

Telluris nie słuchał. Był ciągle zachwycony cudownym powrotem Aqua Magna i Bota Magna, ale właśnie po to miałem swój bicz.

- Wiecie, co przyjdzie następnie - powiedziałem do swoich dwóch kompanów. - Kiedy zakończą się uroczystości, Agori zaczną sprzątać bałagan. I każdy kto się nie dopasuje do ich dobrze zorganizowanej, małej społecznej struktury, zostanie odsunięty na bok lub stratowany. A ja nie zamierzam tak skończyć.

Metus spojrzał niepewny tego, co ma zrobić. Jakiś czas temu przestał śnić. Ogarnęła go choroba. W ciągu tygodni, może dni, stanie się szalejącym lunatykiem, ale zanim miało to nastać, potrzebowałem go. Kiedy zaczął pełznąć w stronę, gdzie żyli Glatorianie i Agori, przycisnąłem moją opancerzoną stopę do jego cielska i przygwoździłem go do piasku.

- Zastanów się nad tym - powiedziałem. - Słyszałem o tobie wszystko. Myślisz, że Agori i Glatorianie mają zamiar przywitać cię z powrotem? Jesteś dla nich największym problemem. Ostatnim razem wyrzucili cię z całym twoim życiem. Pokaż swoją twarz ponownie, a przerobią cię na parę butów.

- Czego ty ode mnie chcesz? - spytał mnie wąż, który był kiedyś Agori.

- Chcę znać każde miejsce, w którym byłeś, odkąd opuściłeś Roxtus i wiedzieć wszystko, co robiłeś. Chcę znaleźć się w każdym miejscu, po którym pełzałeś. Gdzieś na twojej trasie jest wskazówka do tego, co przytrafiło się tobie i moim ludziom, a my mamy zamiar ją znaleźć.

Zaraz po bitwie w Roxtus, Metus udał się na północ, w góry. Niektóre z nich teraz nie istniały, zredukowane do postaci gruzu na skutek walki dwóch robotów. Ale wąż powiedział, że dopiero kiedy przez nie przeszedł przestał śnić, więc może to, czego szukaliśmy, leżało poza tymi górami.

Pokazał nam, gdzie rozbił obóz, niedaleko jeziora. Czy z niego pił? Nie. A co jadł?

- Gryzonie - odpowiedział.

- Czy dziwnie smakowały? - zapytałem.

- To były szczury! - wybuchnął Metus. - Oczywiście, że dziwnie smakowały!

- To musi gdzieś tutaj być - powiedziałem, rozglądając się dookoła - Coś, co cię zaraziło.

- Może to nie jest nic fizycznego - powiedział Telluris. - Może to... klątwa lub coś podobnego. Nigdy nikt z naszego plemienia nie podróżował na taką odległość z wioski, więc jak to miejsce może być przyczyną?

- Być może to, co spowodowało tę zarazę, się przemieszczało - odrzekłem. - Albo może...

Przerwałem. Zobaczyłem coś cętkowanego niedaleko stąd, w większości ukrytego pod gęstwiną roślin. Była to blizna na ziemi w kształcie ostrokątnego trójkąta, o długości podstawy około trzech stóp. Przykucnąłem, aby zobaczyć, czy była tam dziura, ale nie było nic widać, wzór był pokryty brudem i kamieniami.

- Rozglądajcie się - powiedziałem do towarzyszy. - Sprawdźcie, czy w okolicy jest jakiś inny znak, podobny do tego.

Szukaliśmy przez godzinę. Nie znaleźliśmy śladów żadnego innego trójkąta na ziemi, ani oznak istnienia nikogo i niczego, co mogło ten znak zostawić. Czy był to odcisk stopy? Ślad pozostawiony przez mechaniczne urządzenie? Czy jakieś naturalne zjawisko, po prostu nigdy wcześniej niespotykane?

Obróciłem się, żeby zapytać się Tellurisa o jego opinię, jako że podróżując Skopio widział wiele, ale nie było go już tam. Metus powiedział, że nie widział, dokąd się udał.

Poszedłem po śladach mojego współplemieńca odbitych w miękkiej ziemi. Ślady zniknęły na środku otwartego kawałka terenu. Gleba była tutaj naruszona, jakby coś czyściło to miejsce.

Usłyszałem za sobą głos. Obróciłem się, by zobaczyć czerwoną mackę, pokrytą kolcami, wyrastającą spod ziemi. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, owinęła się wokół Metusa i wciągnęła go pod grunt. Nie wiedziałem, czy się śmiać, czy krzyczeć, kiedy druga macka wyłoniła się na krótko, aby przywrócić glebę do normalnego stanu i zniknęła pod ziemią.

Wycelowałem moim Thornaxem i wystrzeliłem. Pocisk wybił dużą dziurę w ziemi, posyłając ziemiste i skalne grudki w powietrze. Kiedy pył opadł, nie dostrzegłem ani śladu moich dwóch towarzyszy, ani napastników. Cokolwiek się stało, już ich nie było.

Byłem wściekły, sfrustrowany, zdenerwowany bardziej niż dotąd. Właśnie kiedy znalazłem pierwszą podpowiedź, została mi ona odebrana. W każdej chwili macki mogły powrócić. W żaden sposób nie mogłem dotrzeć do Tellurisa i Metusa, ani nie miałem żadnej szansy na przeżycie, jeżeli zostałbym w tym miejscu. Ale jeśli jednak odejdę... Jeśli odejdę, mogę już nigdy nie rozwiązać zagadki tej zarazy. Moi ludzie nie zostaną pomszczeni.

Stałem dokładnie w miejscu, w którym zniknął Metus.

- No chodź! - krzyczałem. - Zaatakuj! Wciągnij mnie pod ziemię! Ale zanim zginę, poznam o tobie prawdę, kreaturo!

Ciągle tam stałem, kiedy spod ziemi pojawiły się macki i obwinęły mnie. Nie było nawet czasu, żeby krzyknąć, kiedy niebo nade mną zostało zastąpione przez ziemię i glinę, a ja zostałem porwany z królestwa światła i wciągnięty do świata cieni.

Rozdział 4

Byłem martwy. Trzy groteskowe macki wyłoniły się spod ziemi, owinęły się wokół mnie i wciągnęły pod powierzchnię, ku mojej śmierci. To było jedyne wytłumaczenie, bo gdybym nie był martwy, to oznaczałoby, że oszalałem, ja zaś wolałem śmierć od szaleństwa.

Jeśli śledziłeś tę kronikę uważnie do tego momentu, wiesz, że ja, Telluris i pewien Agori zmieniony w węża o imieniu Metus szukaliśmy przyczyny Plagi Śnienia, która wymazała z historii Plemię Żelaza lata temu. Nasze próby nie poszły za dobrze, biorąc pod uwagę to, że ewidentnie staliśmy się posiłkiem dla potwora. Ale świat po śmierci nie był w całości taki, jak się spodziewałem.

Leżałem na łóżku w przestronnej sali. Były tu chyba jeszcze trzy tuziny innych łóżek, połowę z nich zajmowali chorzy lub ranni Agori. Od czasu do czasu Agori Wody przynosiła moim towarzyszom jedzenie i wodę. Kiedy zobaczyła, że moje oczy są otwarte, upuściła tacę i podbiegła do mnie.

- Sahmadzie, ty nie śpisz! - powiedziała, uśmiechając się.

Agori nie uśmiechają się do mnie. Szydzą, tak. Przeklinają mnie, z pewnością. Nawet okazjonalnie plują. Ale uśmiech, nigdy.

Stąd moje przekonanie, że jeśli nie byłem martwy, musiałem znaleźć się w pewnego domu dla obłąkanych. Spróbowałem usiąść. Moje ciało odmówiło współpracy.

- Gdzie ja jestem? - zapytałem.

- W komnacie medycznej - odpowiedziała. - Myśleliśmy, że już się nie obudzisz.

- Pozwól, że powtórzę pytanie - powiedziałem. - Gdzie ja jestem?

- Gdzie? - Jej oczy zalśniły. - Ach, no tak, oczywiście, że nie wiesz. Przebywasz w Nowym Atero na Bota Magna. Znaleźli cię na północy Bara Magna i zaopiekowali się tobą jak tylko potrafili, dopóki wszystko tu nie zostało przygotowane.

Tak, ona z pewnością musiała oszaleć. Nie było żadnego Nowego Atero, na pewno nie na Bara Magna. A jeśli tamci mnie znaleźli, musieli także znaleźć moich dwóch towarzyszy, nie widziałem tutaj jednak żadnego z nich.

- Podróżowali ze mną Telluris i Metus. Gdzie oni są?

Moja nowa, obłąkana przyjaciółka spojrzała na mnie z zakłopotaniem.

- Nigdy nie znaleźliśmy Tellurisa. Metus przeżył kilka miesięcy, nawet użyliśmy maski, by zmienić go z powrotem w Agori, ale to nie pomogło. Przykro mi.

- Jestem zaskoczony, że się tym przejmujesz - powiedziałem. - Nasza trójka nie cieszyła się dużą popularnością wśród Agori.

- To było dawno.

Rozpoznałem ten głos. Był nieco starszy, trochę szorstki, ale bez wątpienia należał do Kiiny, Glatorianki Wody. Naprawdę tam stała, z bardziej niż Sahmad to zapamiętał pokiereszowaną zbroją i lewą ręką zwisającą bezwładnie przy boku.

- Naprawdę? - odparłem. - Nie sądziłem, że nienawiść ma termin ważności.

- Dużo się zmieniło po upadku Skrallów - odpowiedziała Kiina. - Przegapiłeś to wszystko. Byłeś w śpiączce przez 750 lat, Sahmadzie.

Nastąpił moment, co prawda bardzo krótki, w którym zadrżałem. Znaczy się, to mogła być prawda. Potwór mógł nas przeżuć i wypluć. Ktoś mógł znaleźć Metusa oraz mnie i utrzymał nas przy życiu. Wszyscy Agori i Glatorianie mogli żyć jak bracia i siostry w nowym, pięknym mieście, gotowi włączyć nawet ocaleńców z Plemienia Żelaza do swojego społeczeństwa.

A owoce Thornax mogły smakować jak gotowane mięso Skopio, a Wielkie Istoty mogły rozdawać w prezencie koszyki z implantami, lecz ja nie byłem gotów w to uwierzyć.

Usiadłem na łóżku, wbrew protestom mojego ciała. Agori wręczyła mi kij, którym mogłem się podeprzeć. Spróbowała wyperswadować mnie od wyjścia z pokoju. Powiedziałem jej, że muszę iść.

Na zewnątrz miasto wyglądało jak zamieszkałe gniazdo wydmowych pająków. Agori i Glatorian biegali tu i tam, razem z innymi istotami, dużymi i małymi. Obce istoty wydawały się być raczej maszynami. Zarazem jednak miały zbyt płynne i pełne wdzięku ruchy, by uznać je za czysto mechaniczne.

Pomyślałem sobie, że byliby z nich dobrzy niewolnicy. Najwyraźniej ciężko pozbyć się starych nawyków. To wszystko wokół mnie wyglądało i brzmiało tak, jakby było prawdziwe, lecz wiedziałem, że to nieprawda. Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości, pojawienie się Kiiny je zgasiło. Nieważne, ile czasu by minęło - ona nigdy nie pojawiłaby się obok mojego łóżka, chyba że by mnie zadźgać. 750 lat nie wystarczyłoby, żeby przezwyciężyć sto tysiącleci podejrzeń, lęku i wstrętu. Ktoś chciał, bym myślał, że to całkiem nowy świat. Ale w głębi serca czułem, że był to ten sam, stary świat. Nawet gorszy. Z kim walczyłeś, jeśli nie mogłeś zobaczyć, kto jest twoim wrogiem?

Gdy spoglądałem na tych wszystkich ludzi wędrujących i pracujących dla większego dobra, zastanawiałem się: czyj to sen? Na pewno nie mój. Moi ludzie nie żyli. Nie mogli cieszyć się całym tym pokojem i jeśli nie mogli czerpać z tego żadnych korzyści, ja również tego nie chciałem. Widziałem w tym wszystkim tylko to, że Nowe Atero idzie drogą starego.

Rozmyślałem nad sposobami, by się stąd wydostać, kiedy zauważałem błysk znajomej zbroi. Metal nosił kolory Plemienia Żelaza, po sennej pladze. W porządku, przyznaję, że to mnie zaskoczyło. Może należał do jakiejś osoby, która znalazła go po drodze do miasta i została zaakceptowana przez resztę mieszkańców. Jeśli byłem jedynym członkiem plemienia w tej fantazji, może było nas więcej? Zastanawiałem się: co, jeśli w tym wszystkim było ziarno prawdy? Co, jeśli kilku członków Plemienia Żelaza, którzy pojawili się w tej iluzji, naprawdę gdzieś żyło? Może uda mi się ich znaleźć?

Zacząłem biec, przepychają się między Agori i ich mechanicznymi pomocnikami. Skręciłem i znalazłem się na środku rynku. Stały tam stoły obładowane zbrojami, jedzeniem, materiałami, dziełami sztuki, zauważyłem też mój cel daleko na końcu placu, skręcający w boczną ulicę. Pobiegłem, przewracając stoły z wystawami i prowokując rozgniewane krzyki wszystkich wokół. Ackar, Glatorianin Ognia, spróbował mnie zatrzymać, ale był na to za stary i za wolny.

Skręciłem za rogiem, biegnąc najszybciej, jak mogłem i zatrzymałem się na miękkiej ziemi. Członek Plemienia Żelaza stał na środku ulicy, celując miotaczem Thornax prosto w moją głowę. Nie był to jednak nikt z moich braci. To była kobieta, którą kochałem, która umarła i którą spotykałem w swoich snach już od ponad stu tysięcy lat. Wypowiedziałem jej imię. Strzeliła ze swojej broni. Thornax pomknął w moją stronę. Poczułem uderzenie o hełm i zobaczyłem błysk światła, po czym do mych uszu dobiegł ryk eksplozji i umarłem. Znowu.

Ciemność się rozjaśniła. Znów byłem w izbie chorych. Tym razem jednak, nie było żadnej Agori Wody, żadnej Kiiny, żadnych Agori z innych plemion na łóżkach. Jedyne, co widziałem, to Agori Żelaza. Osoba obsługująca salę zatrzymała się, by na mnie spojrzeć. Pacjenci podnieśli się na swoich łóżkach i wszyscy jednocześnie powiedzieli:

- Myśleliśmy, że będziesz silniejszy, Sahmadzie. Ty okazałeś się jednak równie słaby co Telluris, Metus i cała reszta. Coś nas jednak pociesza. Wszak słabe dusze smakują wyśmienicie.

Rozdział 5

Są takie dni, kiedy czujesz, że każda broń na świecie jest załadowana i wycelowana prosto w ciebie. Są też takie, kiedy wiesz, że nawet twój najlepszy przyjaciel, jeśli takiego masz, wskazuje cię jako posiłek dla Skopio.

Miałem jeden z tych dni. Pozwól mi wszystko wyjaśnić.

Siedziałem w iluzji medycznego namiotu, pośród Agori, których zdawało się w rzeczywistości tam nie być, lecz mimo to przemawiali oni równo jednym głosem. I nie były to bynajmniej ciepłe pozdrowienia, mówili o... cóż, powiedzmy, że byli całkiem dobrzy w rzucaniu gróźb. Czy się bałem? Pewnie. Ale tak, jak możesz wziąć owoc Thornax i załadować do broni, tak możesz wziąć lęk i zmienić go w gniew. Strach jest skałą, pod którą możesz się schować. Gniew jest skałą, którą możesz w kogoś rzucić.

- Pokażesz się? - spytałem mojego niewidocznego gospodarza. - Czy zamierzasz cały czas przemawiać przez twoich zmyślonych Agori?

Śmiech przepełnił pokój. Dźwięczał jak roztrzaskiwanie kryształu na pył.

- Myślisz, że te istoty, które tu widzisz, są wytworami mojej wyobraźni? - spytał głos. - W takim razie spójrz raz jeszcze.

Agori zaczęli migotać i zniknęli, a w ich miejscu pojawiło się około tuzina Sióstr Skrallów. Zacząłem żałować mojego pytania. Wiedziałem, co Siostry mogły zrobić z moim mózgiem. Istniało jednak pewne stare przysłowie: "Nie przedostaniesz się przez Rzekę Skrall, mocząc tylko palce."

- Więc Siostry dla ciebie pracują? Czy to one są odpowiedzialne za to, co stało się z Plemieniem Żelaza?

Znowu nastąpił śmiech. Zaczynałem nienawidzić tego dźwięku.

- Siostry są nikim więcej jak małymi głupcami - usłyszałem w odpowiedzi. - Wierzą, że Wielka Istota faktycznie obdarowała ich swą mocą. Tak naprawdę to ja dałam im ich psioniczne zdolności. Uznałam, że będzie to zabawne, patrzeć, jak niszczą mężczyzn ze swego gatunku. Lecz one, tak jak i ty, również były słabe i pozwoliły dać się wypędzić. Nie miały dość silnej woli, by podbijać, więc teraz nie mają już żadnej woli.

- I tym była właśnie ta plaga, kolejnym z twoich eksperymentów?! - domagałem się.

Usta każdej z Sióstr otworzyły się i ta sama odpowiedź nadeszła z nich wszystkich:

- Eksperymentów? Och, nie. To było drugie śniadanie.

Siostry Skrallów padły na ziemię, jak gdyby ich nogi nie mogły ich utrzymać. Strumień ostrego światła rozbłysł przy jednej ze ścian i zaczął się powiększać coraz bardziej i bardziej. Mój gospodarz nadciągał. Byłem o krok od stawienia czoła bytowi, który zniszczył moje plemię.

Wyobraź sobie wpatrywanie się bezpośrednio w słońce, czerwonawe pasma wypalające ci oczy, przybierające kształty zbyt szkaradne, by je opisać. Nawet jeśli zamykasz oczy i odwracasz wzrok, nie robi to różnicy. Wiesz, że widziałeś coś, czego nigdy nie wymażesz z pamięci. Pozostanie przy zdrowych zmysłach byłoby wtedy nieprawdopodobnym szczęściem czy może najstraszliwszym pechem?

- Byłam głodna - powiedział głos z centrum świetlistej kuli. - A kiedy jestem głodna, pożywiam się. Senne marzenia twojego ludu były bardzo sycącym posiłkiem. Wystarczającym, bym nie potrzebowała znów pożywienia przez wiele lat. Oczywiście, gdy się najadłam, twoi pobratymcy nie mieli już żadnych snów. Któż by jednak za nimi tęsknił? Byli równie zbędni co sny, które im odebrałam.

Potrzebowałem broni. Potrzebowałem czegoś, co zniszczyłoby to nikczemne słońce, które wciąż się rozrastało. Napełniło pokój światłem, ale nie ciepłem. Tylko przeszywającym chłodem, przy którym pustynia nocą zdawała się być jak tropiki. Ale nie miałem żadnej broni. Gniew, bunt, upartość, gotowość, by pomścić śmierć moich ludzi - tego miałem w nadmiarze. Musiało wystarczyć.

- Ładny pokaz świateł - powiedziałem. - Całkiem niezły jak na coś, co stworzyły Wielkie Istoty, a następnie porzuciły. Bo tym właśnie jesteś, prawda? Ich kolejnym nieudanym projektem?

Światło zapłonęło jaśniej. Szkarłatne macki wyłoniły się z promienistej kuli. Ledwo ich uniknąłem.

- Istniałam zanim na świecie zjawiły się twoje Wielkie Istoty - powiedział byt. - Wyczułam ich nadejście i zaczęłam się zastanawiać, czy mogą stanowić dla mnie zagrożenie. Próbowałam nawet wprawić je w szaleństwo, lecz ich umysły były zbyt... dziwne. Żywiły się moim. Zabrały moje sny, co popchnęło je do większych i ambitniejszych czynów, ja zaś zostałam zmuszona, by skryć się w głębinach Spherus Magna.

Schowała się i czekała, pomyślałem. A gdy czekała, stał się głodna. Agori przypłacili to snami.

Usłyszałem hałas za plecami. Spojrzałem za siebie i ujrzałem nadbiegających Metusa i Telluria. Czy to jednak naprawdę oni? Ostatni raz, gdy widziałem Metusa, był wężem. Teraz szedł na dwóch nogach, jak każdy inny Agori i nie miał w sobie nic z węża.

- Śni - powiedziała istota, której jasność wypełniała teraz pokój. - Jest wężem, który śni, że jest Agori, czy Agori, który śni, że jest wężem?

- Dalej! - krzyknął Telluris. - Musimy się stąd wydostać!

Przyznaję, zawahałem się. Nie byłem pewny, czy moi sojusznicy byli prawdziwi, czy to tylko wytwory mojej wyobraźni. Gdy podejmowałem decyzję, Siostry Skrallów stanęły na nogi i ruszyły na nas. Wtedy puściliśmy się biegiem, dwaj członkowie wymarłego plemienia i Agori, który nie powinien móc biegać. Przedarliśmy się przez tunele, które rozciągały się przez całe mile, biegliśmy, aż zobaczyliśmy przed sobą światło z powierzchni. Telluris krzyknął, sprawiając, że biegliśmy dalej. Na powierzchni, w promieniach słońca, wszystko miało wrócić do normy. Zostawilibyśmy w ciemności za nami nasze lęki i znaleźlibyśmy sposób, by na zawsze pozbyć się ich źródła. Musieliśmy tylko dotrzeć do światła. I zrobiliśmy to. Wspięliśmy się i przekopaliśmy palcami na powierzchnię, z powrotem do jasnego poranka Spherus Magna. Byliśmy bezpieczni.

Z tym że to nie był poranek. Był środek nocy. Światło, które zobaczyliśmy, światło, do którego biegliśmy, nie było słońcem. To było to coś. Stworzenie, od którego próbowaliśmy uciec, było na powierzchni, zostało uwolnione i nie musiało już więcej chować się pod ziemią. I z jakiegoś powodu czułem, że było głodne.

Rozdział 6

Dawno temu, natknąłem się przypadkiem na gniazdo pustynnych pijawek. Jeśli nigdy takich nie spotkałeś, powiem pokrótce, że są to wstrętne małe stworzenia. Gnieżdżą się w sklepieniach jaskiń, gdzie ich młode się wylęgają. Młode trzymają się sklepienia, czekając, aż ktoś pod nimi przejdzie. Wtedy spadają na ciebie, przyczepiając się do każdego odkrytego miejsca na ciele i żywią się twoją energią życiową. Kiedy znajdziesz się pod gniazdem, pierwszą rzeczą, jaką czujesz, jest złość. "Jak mogłem być tak głupi, by wejść do jaskini i nie patrzyć w górę?" Następnie uderza cię przerażenie, ciągnące twoją odwagę po ziemi, twoje ręce i nogi zmieniają się w wodę, sprawiając, że twój duch zaciska się jak pięść.

To najgorsze uczucie, jakie można sobie wyobrazić. I właśnie to teraz czułem, obserwując, jak rzecz, która unicestwiła mój lud, pojawiła się na powierzchni Spherus Magna. Istota wykrzyczała swój triumf w mojej głowie. Mogłem usłyszeć, jak krzyczy swoje imię - "Annona " - ponieważ radowała się z bycia wolną po spędzeniu tylu lat pod ziemią. Zostawała w ukryciu tylko ze strachu przed Wielkimi Istotami, a kiedy ostatnim razem sprawdzałem, żadnych Wielkich Istot nie było w pobliżu.

To nie zwiastowało niczego dobrego. Popatrzyłem na moich dwóch kompanów. Telluris nigdy nie był wzorowym okazem zdrowia psychicznego, a to doświadczenie było blisko wprawienia go w katatonię. Metus był zachłannym, wbijającym sztylet w plecy oszustem, który został zamieniony w węża przez tego gościa Mata Nui z magicznym mieczem albo czymś takim. Teraz, wrócił do chodzenia na dwóch nogach, nie do końca pamiętając jak.

- Dlaczego tu tkwimy? - odezwał się. - Musimy uciekać.

Potrząsnąłem głową.

- Uciekać dokąd? Naprawdę myślisz, że jest gdzieś jakieś miejsce, do którego to coś nie dotrze? Ucieczka tylko by nas osłabiła, oszczędzając tej istocie problemów.

- Przyprowadzę moje Skopio - wybełkotał Telluris, odnosząc się do machiny wojennej, którą zbudował jakiś czas temu. - Ocali nas.

- Twoje Skopio jest teraz kupą złomu - warknąłem. - Nie byłoby nawet bardziej przydatne, gdyby działało. Nie, potrzebujemy czegoś więcej, aby zatrzymać coś, co zmienia węże w Agori.

Metus spojrzał na mnie, jakbym był szalony.

- Annona tego nie zrobiła. Mata Nui nigdy nie chciał, by zmiana w węża była stała, jak zgaduję. Albo może coś się z nim stało. Nie wiem. Nagle wróciłem do bycia dawnym sobą. Ale muszę przyznać, że wciąż mam ochotę na gryzonie.

W międzyczasie, błysk Annony stawał się coraz większy i jaśniejszy. Wyglądała jak gwiazda, czerwona gwiazda, pomimo że nie mogę sobie przypomnieć, bym widział kiedyś gwiazdę z mackami. Badała otoczenie, myślę, że to najlepsze określenie. Żywiła się snami. Zamierzała odszukać jakąś społeczność i pochłonąć ich sny, przy okazji doprowadzając wszystkich do szału, a ja nie miałem pojęcia, jak ją zatrzymać. Może jej nie dało się zatrzymać.

Poczułem, jak przerwała. Wyczuła gdzieś czekającą ucztę. Gdzie? Z powrotem na pustyni Bara Magna, gdzie zgromadzili się Agori, czy w jakiejś osadzie na Bota Magna? Czy zasięg Annony mógł poszerzyć się nawet do innych światów?

Wiedziałem tylko tyle, że ktoś właśnie znalazł się na karcie dań tej istoty i musiał zostać ostrzeżony, inaczej skończy jak Plemię Żelaza. Annona zajaśniała jaskrawiej. Szykowała się do drogi, zmierzając w stronę kolejnego posiłku. Zacząłem biec.

- No dalej! - krzyknąłem. - To nie obejdzie się bez nas.

- Zwariowałeś - powiedział Metus. - Nie mam zamiaru zbliżać się do tego czegoś.

- Telluris, ruszaj się - odparłem. - Ta istota ściga twoje Skopio, musisz ją zatrzymać.

To wystarczyło, by Telluris zaczął biec, ale Metus stał uparcie w miejscu.

- Zostań - powiedziałem mu. - Jesteś tylko na odludziu, nieuzbrojony, bez jakichkolwiek pomysłów, jak dostać się do domu i bez żadnego domu, do którego mógłbyś pójść. Dlaczego miałbyś iść z nami? Przecież masz tak wiele do stracenia.

Metus zaklął i zaczął biec w naszą stronę. Razem wskoczyliśmy do promiennej sfery Annony. Następną rzeczą jaką wiedziałem, było to, że tonąłem. Odruchowo popłynąłem w kierunku, w którym, miałem nadzieję, była powierzchnia. Moja głowa przebiła się przez taflę i z trudem zaczerpnąłem powietrza. Gdy złapałem oddech, obejrzałem się, zastygły z niedowierzania.

Znajdowałem się na Aqua Magna. Metus i Telluris byli niedaleko, krztusząc się i dysząc. Przed nami, w odległości pięćdziesięciu jardów, mieścił się odcinek plaży, a dalej skaliste klify. Na jednym z klifów wznosiła się twierdza, mieniąca się w blasku księżyca, upstrzona fortyfikacjami i wyglądająca jak nie do zdobycia.

Była też Annona, wolno zmierzająca w kierunku tej twierdzy. Nie wiedziałem, czyja to forteca ani kto w niej mieszkał. Wiedziałem tylko, że wszyscy skończą martwi, kiedy Annona do nich dotrze. Nasza trójka wypłynęła na plażę i zaczęła wdrapywać się po klifach. Annona nas nie zauważyła, albo po prostu nie zwracała na nas uwagi. Wiedziałem jednak, że nigdy nie dojdziemy przed nią na szczyt. Nasza walka skończyła się, zanim się w ogóle zaczęła. W istocie, Annona zniknęła z pola widzenia, zanim wspięliśmy się na szczyt klifu.

Zobaczyliśmy twierdzę, była jak coś wyjętego z koszmaru. Dziwni wojownicy, ciężko uzbrojeni, potężni, z dziwnymi uśmiechami na twarzach, byli zajęci walczeniemką z pustym powietrzem. Annona stworzyła w ich głowach iluzje, tak jak w naszych. Teraz ukryła się i żywiła tymi wojownikami, dopóki nie padną martwi. Blask zmierzył w kierunku ogromnych drzwi twierdzy. Nic nie stanęło na drodze.

Nic, do czasu aż drzwi gwałtownie otworzyły się od wewnątrz i coś się pojawiło. Nowy przybysz był wysoki na dwanaście stóp, ze złotą skórą i potężnymi mięśniami. Jego oczy i twarz były lekko gadzie, patrzył na Annonę przez wąskie szparki.

- Przybyłam się pożywić - oznajmiła Annona. - Poddaj się.

Złota istota uśmiechnęła się.

- Żywisz się marzeniami, a my bez nich nie istniejemy. Są dla ciebie jedzeniem, ale my naprawdę je urzeczywistniamy. I w ten sposób podbijamy i zniewalamy. Dlatego wygląda na to, że dzisiejszej nocy odejdziesz stąd głodna.

Annona zajaśniała mocniejszym, oślepiającym blaskiem. Nie mogłem już nic dłużej zobaczyć - słyszałem tylko jej głos i głos jej nowego przeciwnika.

- Kto mi odmówi uczty? - spytała Annona. - Ty, żałosna mieszanko pomniejszych ras, bandytów, złodziei i, ach tak, tego, którego uznano za martwego? Eksperyment desperacji. Ty staniesz przeciwko mnie?

Nie jestem pewien, co się następnie wydarzyło. Usłyszałem dźwięk jakby niebo się rozerwało. Ziemia pod moimi stopami mocno zadrżała, a potem dotarł do mnie krzyk Annony i coś jeszcze.

- Tak, kreaturo - powiedziała złota istota. - Stanę przeciwko tobie.

Rozdział 7

Tylko raz byłem na wybrzeżu Aqua Magna, jeszcze w czasach, kiedy miałem życie. I plemię, i przyjaciół, i ukochaną. Udałem się tam na zwiad szlaku handlowego. Pochodziłem z gór, nigdy wcześniej nie widziałem tak dużo wody. Chociaż linia brzegowa była skalista i wymarła, była to zarazem najbardziej niesamowita, i pod pewnymi względami przerażająca, rzecz jaką kiedykolwiek widziałem. W ciągu kolejnych lat byłem świadkiem śmierci mojego ludu, rozpadu mojej planety i tysiąca innych rzeczy, które dla większości osób byłyby jak wyjęte z koszmaru. Nigdy jednak nie zobaczyłem czegoś takiego jak to, co ujrzałem teraz.

Annona, cała w szkarłacie i blasku, cierpiała katusze. Kamienne kolce wysunęły się nagle z ziemi i przebiły energetyczną istotę, aż skręciła się z bólu. Jak zwykła skała mogła tak oddziałać na kogoś tak potężnego, nie wiedziałem. Ale mogło mieć to coś wspólnego z tym, z kim Annona walczyła. Złota istota nie miała imienia, a przynajmniej ja go nie znałem, ale nauczyłem się o niej dużo w zaledwie kilka chwil, podczas których obserwowała, jak jej wróg słabł. Była stworzona z innych istot, gatunków, których nazw nigdy wcześniej nie słyszałem; odnosiła się do siebie jako "my" i "nas", co przyprawiało o gęsią skórkę. Ale jej spór z Annoną był łatwy do dostrzeżenia.

- Marzenia moich ludzi dają mi życie - powiedziała złota istota - i w zamian je urzeczywistniam. Oni zaś marzą o twojej śmierci, Annono.

- Wiem o tym - odpowiedziała Annona. - Dlaczego myślisz, że cię odszukałam, kreaturo? Sny są moim posiłkiem i napojem. Z nimi, jestem mocą. Bez nich, jestem niczym.

Złota istota wzruszyła ramionami i odwróciła się. Jej zwolennicy, wojownicy, którzy walczyli z pustymi obrazami stworzonymi przez Annonę, poszli za nią. Najwidoczniej Annona była zbyt zajęta umieraniem, by móc podtrzymać swoje iluzje.

- Nie robi mi to różnicy, czym jesteś - powiedziała lekceważąco złota istota. - Póki nie żyjesz.

W tym właśnie momencie poczułem zadowolenie. Szkarada, która zniszczyła moje plemię, miała za chwilę umrzeć, i choć nie z mojej ręki, to i tak poczułem, jak sprawiedliwości stało się zadość. Powinienem był wiedzieć lepiej.

Wojownicy złotej istoty zaczęli padać na ziemię wokół niej. Jeden osunął się na kolana, inny bełkotał chorobliwie, jeszcze inni dobyli swojej broni i zaczęli ruszać na swojego przywódcę. Domyśliłem się, że moc złotej istoty osłabła. Annona wyrwała się z kolców, a z jej centrum wydobył się śmiech.

- Zawsze wolałam pożywiać się wolno - powiedziała. - Nigdy wcześniej nie próbowałam wchłonięcia całej energii snów z tylu istot naraz. Ale widzę, że skutek jest taki sam: szaleństwo. Teraz, mój przyjacielu, porozmawiajmy o twej nieuchronnej śmierci.

Złota Istota wyglądała na przestraszoną. Nie podobało mi się to. Za jej plecami, twierdza istoty zaczynała drgać i zanikać. Gorzej, w oknach zaczęły pojawiać się... rzeczy. Podobne im zaczęły pełzać i wić się po całym krajobrazie.

- Ty imbecylu! - wykrzyczała złota istota. - Nie rozumiesz. Urzeczywistniam sny, nawet te szalone. Zdajesz sobie sprawę, co to oznacza?

Ja zdawałem. Wszystko wokół nagle stało się takie, jakbym poszedł na spacer do głowy mojego kompana Tellurisa - ziemia wyginała się, twierdza roztapiała, a co do wojowników... nigdy łatwo nie dostawałem mdłości, ale sny umysłów doprowadzonych do obłędu rodzą strasznie okropne rzeczy.

Annona świeciła jaśniej. Wątpiłem, żeby kiedykolwiek wcześniej miała w sobie tak dużo energii. Jakby tego było mało, wyglądała na gotową spalić każdego, kto się zbliżył. Chciałem uciec do oceanu i przepłynąć planetę, ale wiedziałem, że nie było żadnego miejsca na tym świecie, które byłoby bezpieczne.

Paru wojowników zareagowało na zbliżenie się Annony dobyciem broni i szarżą. Była to ostatnia zła decyzja w ich życiu. Twierdza całkowicie zniknęła; horyzont wypełniły dziwaczne rzeczy, niektóre właściwie bezkształtne, inne z formami, które wciąż można było zobaczyć, gdy zamknęło się oczy. Złota istota cofnęła się w ich stronę, ale straciła równowagę i zatrzęsła się. Koniec miał nastąpić w przeciągu kilku minut.

Wtem Telluris postradał zmysły. Wyskoczył z naszej kryjówki, krzycząc i wymachując gałęzią, którą znalazł na plaży. Biegł prosto na Annonę. Gdyby to była opowieść, Metus i ja zaryzykowalibyśmy własne życia i spróbowalibyśmy go powstrzymać. Ale to nie jest opowieść. Przynajmniej nie tego typu. I żaden z nas nie zamierzał poświęcać się dla Tellurisa. Nie był tego wart. Nikt nie był.

Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem, że udało mu się zbliżyć do Annony na tyle, by móc zadać cios, ale na tym się skończyło. Zginął w połowie wrzasku. To był głupi, lekkomyślny, idiotyczny sposób na śmierć i za niedługo miałem go powtórzyć, lecz nie zamierzałem tego dnia umierać. Z drugiej strony, stare powiedzenie mówi: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Wielkie Istoty, powiedz im o swoich planach".

Liczyłem, że złota istota będzie miała dość mocy, by pokonać Annonę, gdyby tylko dostała szansę na jej użycie. To oznaczało, że musiałem odwrócić od niej uwagę Annony na parę chwil. Zdawało mi się, że znalazłem sposób, jak to zrobić. Jedyną rzeczą stworzoną przez złotą istotę były wciąż nietknięte skalne kolce. Nie wiedziałem, dlaczego mogły zadać ból Annonie, może ktoś śnił, że mogą. I właśnie miały zadać jej ból jeszcze raz.

- Ruchy! - krzyknąłem do Metusa. - Musimy odłamać jeden z tych kolców.

- Zwariowałeś - odparł. - Nie idę tam.

Położyłem twardo rękę na jego ramieniu.

- Pamiętasz, jak byłeś wężem? - zapytałem. - Pamiętasz, jak się wtedy czułeś?

- Pewnie - powiedział Metus.

- Tak więc mogę sprawić, że poczujesz się znacznie gorzej i nie potrzebuję do tego żadnego magicznego miecza - warknąłem. - A teraz chodź!

Razem zaczęliśmy biec, wymijając oszalałych wojowników i mając nadzieję, że Annona była zbyt upita mocą, by na zauważyć. Wbiegliśmy do gniazda kolców, ale wtedy Metus zauważył pewien problem.

- One są z litej skały - powiedział. - Czego mamy użyć, żeby je rozbić?

Skłaniałem się do sugestii, że wykorzystamy jego głowę. Zauważyłem jednak, że jeden z kolców został osłabiony, gdy Annona walczyła, by się uwolnić. Z pomocą Metusa, odłamałem go. Nie była to długa broń, ale spiczasty koniec został nietknięty i to jedyne, co mnie obchodziło.

- Zostaniesz tu - powiedziałem do Metusa. - Jeśli mi się nie powiedzie, postaraj się odłamać inny kolec i sam spróbuj. Co ja wygaduję? Zamierzasz uciec, gdy tylko się odwrócę. W porządku, jeśli zginę, nie mów nikomu jak. Nie chcę, by ludzie myśleli, że byłem tak obłąkany i zidiociały w swoich ostatnich momentach.

Podniosłem kolec i pobiegłem. W miarę jak zbliżałem się do Annony, zdałem sobie sprawę, że muszę zamknąć oczy, albo stracę wzrok, więc zamknąłem. Gdy tylko gorąco stało się nieznośne, wiedziałem, że jestem już blisko. Zamachnąłem się i rzuciłem kolcem tak mocno, jak tylko mogłem.

Usłyszałem trzask, a potem krzyk. Wiesz, krzyk może być zachwycającym dźwiękiem, jeśli wydaje go właściwa osoba. Cofnąłem się, aż nie czułem już gorąca. Zaryzykowałem i otworzyłem jedno oko. Annona przestała posuwać się do przodu. Skalny kolec był wbity obok jednej z jej energetycznych macek w miejscu, w którym ta odchodziła od korpusu. Utknął w taki sposób, że Annona nie mogła sięgnąć doń macką, by go wyjąć. Nie był to śmiertelny cios, ale powinien wystarczyć, by ją spowolnić.

Zobaczyłem złotą istotę. Patrzyła prosto na mnie. Jakimś cudem mogłem usłyszeć, co mówi, nawet tak daleko. Parę chwil później wiedziałem już, co mam zrobić.

Obie te potężne istoty znały się świetnie na snach. Annona żywiła się tymi, które masz wieczorem, dobrymi albo złymi. Złota istota brała te w twoim sercu, albo najbardziej mrocznych częściach twojej duszy, aspiracje, nadzieje, pragnienia - i urzeczywistniała je. Istniały setki sposobów, jak złoty byt mógł zaatakować Annonę, ale tylko jeden z nich naprawdę mógł zranić. Zamknąłem oczy jeszcze raz; śniłem sen. W tym śnie nikt na Spherus Magna, nikt w jakimkolwiek świecie, nigdzie, nie mógł śnić, ani mieć pragnień, ani mieć nadziei. Śniłem, że nie ma już snów.

Otworzyłem oczy i poczułem to: pustka, nicość pozostała, gdy nie ma już snów. Właśnie tak czuło się moje plemię na moment przed śmiercią. Lecz tym razem energia nie pomknęła do Annony, nie pomknęła nigdzie. Właśnie przestała istnieć. Złota istota uczyniła ostatni sen prawdziwym.

Zobaczyłem jak osłabła. Zobaczyłem jak Annona zapłonęła jaśniej. Nagle uświadomiła sobie, że nawet gdyby dziś zwyciężyła, to nie byłoby już dla niej więcej snów do pożarcia. Zostałaby uwięziona na Spherus Magna, podczas gdy mieszkańcy popadaliby w szaleństwo i umierali, ona jednak miała umrzeć na długo przed zagładą ostatniego z Agori.

Spodziewałem się, że Annona się wścieknie i zacznie krzyczeć, ale wisiała tylko powietrzu, zwracając się bezpośrednio do złotej istoty.

- Zrobiłeś to - powiedziała. - Dlaczego?

- Może dlatego... że potwory należą do snów, a nie sny do potworów - odparła złota istota. - A może... po prostu pragnę twojej śmierci.

Nastąpiła długa cisza. Potem Annona powiedziała:

- Umowa.

- Jaka umowa?

- Sen... o obcym świecie wypełnionym innymi istotami, gdzie mogę żyć i się pożywiać. Twoje imperium będzie bezpieczne, a mój głód zaspokojony.

Złota istota rozważała ofertę przez chwilę, a następnie odrzekła:

- Zgoda.

Zacząłem protestować, lecz wtem coś sprawiło, że przestałem. Zdałem sobie sprawę, że mogłem wyśnić sen, w którym Annona nie istnieje, lecz nie zrobiłem tego. Może dlatego, że z jakiegoś powodu wiedziałem, że to nie zadziała. Jeśli złota istota mogła wyeliminować Annonę tak łatwo, zrobiłaby to. Pojawiła się jednak druga szansa, by zakończyć to wszystko, i to w jakim stylu.

- Sahmad wyśni ten sen - powiedziała złota istota.

- Nie! - zaprotestowała Annona. - Nie zgadzam się!

- Dałem ci słowo - odparła złota istota. - Sahmad nie ośmieli się go złamać.

Miał rację. Nie miałem żadnej potrzeby, by je łamać. Zamierzałem dać Annonie dokładnie to, o co poprosiła. Zamknąłem swoje oczy. Wyobraziłem sobie bujny zielony świat, raj. Wyobraziłem sobie tam Annonę, wolną. I wyobraziłem sobie całą populację, którą mogła się żywić, każda z istot była taka sama, jak Annona. Miały żywić się sobą nawzajem i w przeciągu roku czekała ich zguba.

Otworzyłem oczy i spojrzałem na zanikającą Annonę.

- Mam cię - powiedziałem.

Gdy Annona zniknęła, złota istota zbliżyła się do mnie.

- Mogłeś śnić, żebym nie istniał. Jestem zdumiony, że tego nie zrobiłeś.

Zmierzyłem istotę wzrokiem. Była przedziwna i prawdopodobnie zbyt sprytna, ale póki co...

- Nie jesteś moim problemem - powiedziałem. - Tamta rzecz była, ale już jej nie ma. Myślę, że możemy teraz odejść własnymi drogami.

- Na razie - odparła złota istota. - Po tym, jak oddasz światu możliwość snu.

- I tobie twoją moc - odrzekłem. - W porządku. Zrobione.

- Jeszcze o mnie usłyszysz - powiedziała złota istota. - Nie zostanę na tej ziemi wiecznie.

- Daj mi znać, gdy ty i twoja armia będziecie nadciągać - odparłem. - Może się do was przyłączę.

Mogłem zmusić istotę do stworzenia dla mnie łodzi, ale zdecydowałem się iść pieszo. Annona właściwie nie żyła, a na Bara Magna działo się wiele wartego zobaczenia. Nie żebym był tam mile widziany. Metus też, gdziekolwiek uciekł. Ale to nic. Jeśli się nie myliłem, wkrótce ich wszystkich miały nawiedzić problemy zbyt wielkie, by mogli się z nimi uporać, a ja zamierzałem napawać się ich nieszczęściem.

Zmierzyłem na północ, w stronę gór. Byli tam ludzie, których straciłem dawno temu, i których w końcu mogłem pożegnać. Potem... cóż, to będzie całkiem inna opowieść.

Postacie


Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.